Rowerem w Bieszczady w latach 50.

Okładka książki (13 KB) Naszym środkiem lokomocji był kolejno rower, motor i wreszcie - pojazd mechaniczny na czterech kółkach. Z wypraw rowerowych godnym uwiecznienia jest wyjazd w Bieszczady. Oczywiście przed wojną dużo było wspaniałych wycieczek rowerowych - z chłopcami Buckiewiczami Doliną Popradu - z Królikiem i Władkiem w Pieniny, brzegiem Dunajca - ze Stefkiem nocą do Tymbarku... Jechaliśmy przez Zalesie, z pieca na łeb. A tu burza, wyjątkowo wściekła burza nas dopadła w lesie. Woda strumieniami leje się z nieba, noc cała w jasne pręgi od błyskawic, ziemia aż się trzęsie od huku piorunów. olbrzymie drzewa walą się w poprzek drogi... Byłam w takim strachu, że ani krzyknąć nie mogłam.

A Królik w siódmym niebie. Lubił emocje niebezpieczeństwa. Rwał przed nami na swoim duńskim rowerze i wydzierał się na cały głos:

- Tyś jest najpiękniejsza z całego miasteczka...

Tłumaczył mi potem, że chodziło mu o sygnał dla ludzi, którzy przypadkiem mogli znaleźć się na naszej drodze. Słysząc z daleka nieco ochrypły ten śpiew, mieliby czas jeszcze na bok odskoczyć. Na szczęście ludzi nie spotkaliśmy, ale włosy stanęły mi dęba z przerażenia, kiedy jakaś ogromna topola runęła z trzaskiem tuż przed rowerem Królika. Jakim cudem zdołał zahamować i wyjść bez szwanku z tej całej opresji, nie wiem. Nie rozumiem też, dlaczego nikt z nas nie wywalił się w błoto na drodze. Może czuwały nad nami modlitwy Babci Petrykowej, która czekała na nas w Tymbarku. A może po prostu było moim przeznaczeniem, aby użyć kąpieli błotnej dopiero w Bieszczadach.

Te niezapomniane Bieszczady zwiedziliśmy w latach pięćdziesiątych, kiedy już dawno było po wojnie i bandy UPA zostały wreszcie zlikwidowane. Bieszczady przestały ociekać krwią. Pokrzywy pozarastały miejsca dawnych wsi i siedzib ludzkich. Owce z Podhala razem z juhasami zaczęły przyjeżdżać na bujne bieszczadzkie połoniny. Sława dzikich nieznanych Bieszczad poczęła rozchodzić się wśród turystów. Ten i ów z naszych "krewnych i znajomych" opowiadał cuda o krainie nieprzebytych lasów i wysokich traw, gdzie żmije przewijają się na słońcem wygrzanych łąkach, a wilki kręcą nosami nad zalanym "w pestkę" pijakiem. Obdarzeni siłą i dobrą kondycją "krewni" nosili ze sobą olbrzymie plecaki, pełne żywności i namioty, bo w Bieszczadach nie ma gdzie nocować. Chaty spalone, schronisk jeszcze nie wybudowano. Można cały tydzień błądzić po lasach i człowieka nie spotkać.

Opowiadania te do tego stopnia zaintrygowały Królika, że jak tylko rok szkolny dobiegł końca, poderwał Zygmunta i Ninę na rowery i wszyscy troje ruszyli w "nieznane", szukać przygód w dzikich bieszczadzkich lasach. Ja niestety nie mogłam im towarzyszyć, bo wykończenie różnych prac szkolnych zajęło mi ostatni tydzień czerwca i zmusiło do pozostania w Zakopanem.

Z tym większą radością powitałam po powrocie trójkę naszych bohaterów, którzy wrócili z Bieszczad zachwyceni. Że faktycznie dziko, wspaniale, przyroda przepiękna. Z tymi żmijami wilkami przesada. Natomiast o nocleg rzeczywiście trudno. Musieli spać w jakichś budach drwali, wędzili się w dymie ognisk i, ogóle pędzili życie Indian albo - jak kto woli - pierwotnych poszukiwaczy złota. W tym wypadku poszukiwanym złotem była dzika, nieskażona cywilizacją przyroda i samotność na szlaku, o którą w Tatrach coraz bardziej trudno. Królik mówił, że musimy się jeszcze raz wybrać i to właśnie na rowerach, bo ten środek lokomocji najlepiej zdaje tam egzamin. Jednak lipiec i pół sierpnia zajęły nam Tatry, aż dopiero pod koniec wakacji nastąpił wypad w Bieszczady. Tym razem zabrakło męskiego towarzystwa. Królik był skazany na asystę trzech kobiet z rowerami: Halszka "Nieszczęsna", literatka, znakomita rowerzystka, przyciągająca jak magnes wszelkie przygody, "Dżok" - Ola Żuławska - koleżanka z pracy w sanatorium, o której Królik ułożył następujący poemat: "Na pokusy głucha, nikogo nie słucha, niczego się nie lęka (to należał mówić: nie leńka) Oleńka, Oleńka..." Nadana Oli nazwa Dżok wywodzi się od bardzo osobliwego pieska, który mieszkał na Myślenickich Turniach i miał właśnie Dżok na imię. Piesek ten był niezwykle inteligentny i samodzielny w swoich poczynaniach. Kiedy chciał odwiedzić kogoś w Zakopanem, wsiadał bez ceremonii do autobusu. Wiedział, że nikt od niego biletu wymagać nie będzie. Wracał do Kuźnic także autobusem i mówili nam kierowcy, że nigdy się nie pomylił. Wsiadł zawsze do właściwego wozu, zachowywał się z godnością, nie dokuczał współpasażerom i wysiadał grzecznie w Kuźnicach, merdając ogonem na podziękowanie. Na Myślenickie Turnie wyjeżdżał kolejką, a jeśli ta nie była czynna z powodu wiatru, kładł się spać w holu stacji PKL w Kuźnicach i spał przy kaloryferze czekając na poprawę pogody. Znali go wszyscy kolejarze, lubili, rozmawiali z nim jak z człowiekiem:

- Dżok, dziś kolej linowa nieczynna.

- Dobrze - odpowiadał merdaniem ogona i szedł spać pod kaloryfer. Spojrzenie jego mówiło:

- Ja mam czas. Ja poczekam.

Dżok bardzo lubił chodzić na spacer. Im dalej, tym lepiej. Był zamiłowanym turystą. Wiedział jednak, że zasadniczo nie wolno mu chodzić po terenie Parku Tatrzańskiego. Dlatego nigdy nie startował z nami oficjalnie do Kuźnic. Zjawiał się ni stąd ni zowąd dopiero wtedy, kiedy byliśmy już daleko na trasie, a więc nie mogliśmy go odpędzić. Na dalekich, nieznanych sobie szlakach zachowywał się wyjątkowo poprawnie. Szedł tuż za nogą Królika i nigdzie nie zbaczał. W ten sposób przeszedł całe Czerwone Wierchy. Ale gdy tylko znalazł się na znanym terenie, przestawał zachowywać obowiązujące przepisy. Gubił się w krzakach, polował na coś, znikał i wyskakiwał nagle jak duch potępionego psa. Nigdy nikt nie wiedział, gdzie i kiedy Dżok się zgubi, albo gdzie i kiedy raczy wrócić. Chodził własnymi drogami i nie znosił, aby mu ktoś narzucał swoją wolę. Był indywidualistą, rozmiłowanym w włóczędze tatrzańskiej, a jego oryginalna osobowość nie pozwalała mu podporządkować się ludziom. Miał charakter taki jak Oleńka i dlatego ochrzciliśmy ją Dżokiem.

Trzecią kobietą w bieszczadzkiej kompanii byłam ja czyli Basek, najsłabszy rowerzysta i najbardziej zaawansowany reumatyk. Jazda z Zakopanego do Nowego Sącza udała się wspaniale. Mieliśmy wiatr w plecy, trasę prawie cały czas w dół - tylko Kluszkowce i przełęcz Snozka zmusiły nas do prowadzenia rowerów. Poza tym mknęło się bez wysiłku przez Krościenko, Tylmanową, Łącko - stąd burza pognała nas piorunem do Nowego Sącza, gdzie czekał dom. Ciepłe uściski sióstr, wygodne spanie, znakomita kolacja. Rano Halszki nie można było wyciągnąć z łóżka, tak się rozkoszowała ciepłą kołdrą i czystą pościelą. Ale Dżok był nieubłagany. Przecież nie po to wyjechaliśmy z Zakopanego, aby skończyć w Nowym Sączu. Ruszaliśmy więc do Grybowa, gdzie serdeczna gościna Mamy Czerskiej i Luneczki stworzyła jeszcze większą pokusę dłuższego odpoczynku. Wiśnie w ogrodzie, kąpiel w ciepłej rzece... Czyż może być większa rozkosz?? I znowu Dżok zafalował z oburzenia. Nie pojechaliśmy w Tatry słowackie, choć mamy przepustkę, przygotowaliśmy się psychicznie na Bieszczady, a teraz mamy ugrzęznąć w Grybowie, dlatego że tu są wiśnie? O nie! Basek poparł Dżoka: Ja nie byłam nigdy w Bieszczadach. Muszę je zobaczyć. I obie ostro uderzyłyśmy na Królika i Halszkę. Nie wolno się wycofywać. Królik próbował podawać swoje argumenty: czy nie widzicie, że jest błoto? Tu w Grybowie i w Stróżach błoto rozlewa się w olbrzymie kałuże, a cóż dopiero będzie w Bieszczadach? Całkiem inna sytuacja była w czerwcu, kiedy ciepły letni wiatr szybko osusza wszystko, a teraz już zbliża się jesień i błoto jest nieustępliwe. Nie ma żadnej nadziei, aby prędko wyschło. Zmieńmy trasę, ot, choćby na skręt na Krynicę. Piękna droga, dobra szosa, widoki cały czas wspaniałe. Ale Dżok i Basek nie dały się przekonać. Halszka zgodziłaby się na plan Królika, bo wtedy prędzej doszedłby do niej list oczekiwany z Ameryki. Oberwała jednak naganę od Dżoka, że jak chce mieć ten list prędko, to mogła się w ogóle z Zakopanego nie ruszać. A teraz powinna trzymać solidarnie z kobietami, a nie dawać się mężczyznom za nos wodzić. Basek żałośnie powtarzał swoje, że taka krzywda, że w czerwcu nie poczekaliście na mnie, że ja nigdy nie widziałam Bieszczad itd. Ostatecznie Królik ustąpił kobietom, ale był wściekły. Zobaczycie, że będziecie wszystkie leżały w błocie - powiedział. W Stróżach rozegrała się ostateczna batalia, jechać czy nie jechać, ale wtedy Dżok i Basek wrzuciły czym prędzej rowery do wagonu bagażowego i tym samym postawiły przeciwnika przed faktem dokonanym. Całe towarzystwo w ostatnim momencie wskoczyło do pociągu, gwizd lokomotywy przypieczętował odjazd i ostatecznie znaleźliśmy się wszyscy w Nowym Łupkowie. Stąd rowerami ruszyliśmy do Cisny.

Cisna - to serce Bieszczadów. I tam podobno jest stacja turystyczna. Można przenocować pod dachem.

- Do Cisny! do Cisny! - nalegają kobiety.

Niech wam będzie Cisna. Trudno. Na upór nie ma lekarstwa. Ludzie informują, że do Cisny niedaleko, tylko 20 km. Cóż to jest dla rowerów. Żeby nie wiem co, to za dwie godziny tam będziemy. I tak się zaczęło. Były jakieś rowy i kładki, przez które musieliśmy przejeżdżać. Było osiedle, gdzie absolutnie nie można nic kupić.

- A mówiłeś, żeby chleba nie zabierać, bo przecież tu kupimy.

- Nic nie kupicie - mówią ludzie - bo tu nie ma sklepów.

- A daleko do Cisny? - Zapytywani wzruszają ramionami.

- Będzie ze 20 km - mówią. Te 20 km słyszymy od rana i nic ich nie ubywa. Coraz więcej potoków, coraz więcej błota.

Najpierw mówiło się: Musimy to jakoś minąć, żeby Basek nóg nie zamoczył, bo przecież reumatyzm. Ale w miarę, jak czas upływał nie można było już niczego omijać. Trzeba było przebywać te potok w bród. I bardzo szybko wszystko zaczęło być mokre. I buty i skafander i plecaki i spodnie. Mijamy jakieś lasy tak dzikie, że koła naszych rowerów miażdżą grzyby. Prawdziwki, prawdziwe borowiki, pod kołami rowerów, a nikomu się nie chce zsiadać i zbierać. Coraz bliżej do zmierzchu, a tu ani ludzi ani wilków ani nawet żmij. Pokrzywy, ogromne, bujne pokrzywy, zdradzają miejsca, gdzie kiedyś mieszkali ludzie. Puste, na pół rozwalone dzwonnice, jakieś kapliczki... i co dalej? Łąki, trawa, trawa, nic nie widać z tej trawy, taka jest wysoka. Człowiek i rower giną w niej jak kuropatwa w zbożu. Drogi żadnej nie widać. Żeby choć odrobinę przedeptana ścieżka - a tu nic, tylko trawa i trawa. O, nareszcie. Jest ślad jakby koła wozu przejechały tędy. Chodźmy tym śladem. Znów potok. I znów błoto. Dżok ma na sobie kraciastą pelerynę, która wplątuje się w szprychy koła. Halszka bardzo uprzejmie chce pomóc. Basek też wyciąga rękę z pomocą i... wszystkie trzy już leżą w błocie. Jeden Królik jedzie jakoś na swoim rowerze bez upadku. Kobiety, stosownie do jego przepowiedni, są od stóp do głów utytłane w błocie. Powoli noc zapada. Coś błyszczy między drzewami. Czuć dym. Na błocie zgubiony ludzki trampek dziurawy.

- Patrzcie! Trampek! Tu był człowiek. Ludzie są gdzieś w pobliżu - woła Basek.

Serca biją nadzieją, że może będziemy nocować pod dachem. Światełko coraz wyraźniejsze. To okna baraku jakichś robotników. Złazimy z rowerów, stukamy do drzwi. Robotnicy przenocować nas nie mogą, bo brak miejsca, ale mówią, że do Cisny już niedaleko: tylko 29 km. Wybuchamy śmiechem, nie chcemy wierzyć. Ale oni pokazują nam drogę, prawdziwą szosę, która tu właśnie się zaczyna. I teraz to już naprawdę 20 km do Cisny. Osiągnęliśmy nasz cel o godzinie jedenastej w nocy, albo jak kto woli o dwudziestej trzeciej. Stacja turystyczna jest, istnieje jakiś dom, jakiś gospodarz schroniska. Ale wszystkie miejsca zajęte. Mowy nie ma o przyjęciu naszej czwórki. Gospodarz patrzy na nas z zgrozą.

- Jeszcze takich wariatów jak wy nie widziałem! Żeby nocą na rowerach w Bieszczady!

Ostatecznie ulokował nas w stodole na słomie, gdzie za ścianą czochrały się świnie, a pod sieczkarnią chrapał jakiś motocyklista.

Był bardzo koleżeński i dał nam płachtę igelitową do przykrycia. Po chwili chrapaliśmy wszyscy zgodnym chórem z wyjątkiem Dżoka, któremu te świnie-sąsiadki swoim pochrząkiwaniem spać nie dawały. Na drugi dzień pogoda wspaniała. Słońce zagląda przez szpary w stodole, błogie ciepło zaczyna nas przenikać. Motocyklista ściąga swoją płachtę. Zaczynamy się wszyscy mrowić, trzepiemy plecami, czyścimy spodnie, buty z błota, rozwieszamy na płocie przemoczone ubrania. W kieszonce od wiatrówki miałam czekoladę, ale teraz trudno odróżnić czekoladę od błota. Wszystko się znakomicie wymieszało i wszystko trzeba wyrzucić. Królik wstał "lewą nogą", lepiej Mu się nie nawijać, bo widać, że jest wściekły na tę całą wyprawę z góry skazaną na "niewypał". Dżok ostentacyjnie milczy, ja ruszam do leśniczówki po mleko, bo wiadomo, że Polak jak głodny, to zły. Zjemy śniadanie, to humory się poprawią. Ale Halszka chce jakoś Królika rozweselić i wciąż do Niego zagaduje. To pyta o sprawy związane z pocztą amerykańską, to zachęca Królika do wyprawy na poziomki, które przecież muszą tu być w lesie. A przy tym gospodarzy w swoim plecaku, wyciąga woreczek kakao i wciąż coś gada, nalewa wody do kubka, zaczyna sobie rozrabiać ulubione kakao. Właśnie wchodziłam w drzwi leśniczówki z zamiarem pertraktowania tam o mleko, kiedy nagle usłyszałam wrzask Halszki, płacz, szloch:

- Bo Królik zawsze musi mi dokuczać. Bo ja już nie mogę...

I trzask! prask! Halszka rąbie garnuszkiem z kakałkiem w ziemię... Prędko zniknęłam za drzwiami leśniczówki, bo myślę, w takich chwilach lepiej być nieobecnym. Oni się wykłócą, pogodzą - a ja przez ten czas zagotuję mleko. Wiadomo, że Halszka jest "Nieszczęsna" i nic się na to nie poradzi. Kampania mleczna uwieńczona powodzeniem. Z garnkiem gorącego mleka wychodzę z kuchni i oczom swoim nie wierzę. Halszka wisi na szyi Królika, całuje Go ile sił i woła:

- Króliczku, niech się Króliczek nie gniewa na mnie. Ja bardzo Króliczka przepraszam. Bo jak Królik popatrzył na mnie tymi niebieskimi oczami, to ja zrozumiałam, że wyrządziłam krzywdę Królikowi...

A Królik stoi ubawiony w najwyższym stopniu tą sceną, nic nie mówi, ale widać, że za chwilę parsknie śmiechem. Tu spojrzałam na Dżoka - co Dżok na to wszystko powie? Zadrżałam. Uff, czuję dynamit w powietrzu. Dżok czerwony, rozfukany, oparł się o płot i aż splunął:

- Tfu, tfu!! niech będą kobiety niewolnicami mężczyzn, niech będą, niech będą, skoro tak się dają upokorzyć. Dżok zawsze podkreśla równouprawnienie kobiet, a nawet ich wyższość nad mężczyznami, więc teraz znieść nie może triumfu Królika, który wygrał na całej linii. Wszystkie jego przepowiednie się sprawdziły, błoto dało nam się w kość jak nigdy, trzy kobiety przewracały się z rowerami i użyły w czasie tej jazdy jak pies w studni, spanie na klepisku w stodole nie należało do wygodnych i wymęczyło nas do reszty - słowem bieszczadzka wyprawa okazała się niewypałem na całej linii.

- No, wczoraj kobiety postawiły na swoim - powiada Królik - a dzisiaj ja was poprowadzę. Zobaczycie, że będziemy mieć dobrą drogę. - I uśmiechnął się tajemniczo.

Patrzymy po sobie zaciekawione: Gdzie on ma tę dobrą drogę w Bieszczadach? Basek serwuje śniadanie z gorącym mlekiem, humory się poprawiają, ubrania w słońcu wyschły - możemy jechać. Królik prowadzi. Jedziemy za Nim. Droga jest dobra rzeczywiście i wiedzie w dół. Bardzo przyjemnie takjechać. Po wczorajszej udręce przebijania się po wertepach ta dobra twarda szosa wydaje się nam rajem. Ale co to? Pomnik gen. Świerczewskiego. Gdzie my jesteśmy? Baligród? Ach, niecny Króliku! wyprowadziłeś nas w pole. Toż to rezygnacja z Bieszczadów. Tyle widzieliśmy tych gór, ile pozwoliły wczorajsze trawy. A dziś już koniec. Po prostu odwrót i powrót do domu. Nocleg w Huzelach, które śniły się nam potem po nocach jako "Wenecja na gnojówce", jak powiedział Królik. Najbrudniejsza i najbardziej prymitywna wieś, jaką zdarzyło mi się widzieć. A następne dni dalsza trasa już po myśli Królika na Nowy Sącz i Krynicę, gdzie piękne widoki w Dolinie Popradu wynagrodziły nam bieszczadzkie Waterloo.

To była chyba nasza największa eskapada rowerowa. Potem miejsce roweru zajął motor [...].

Teresa Harsdorf-Bromowiczowa: Przyjaźń z kosodrzewiną. Na szlakach górskich wspomnień 1947-1979. Poronin: Wydawnictwo Górskie, 1999, ss. 118-126.


Znalazł i zoceerował Szymon "Zbooy" Madej (ysmadej@cyf-kr.edu.pl)
Tekst copyright © 1998 by Teresa Harsdorf-Bromowiczowa/Wydawnictwo Górskie
    30.04.99 09:56