Brama do cudownych mocy


Indyjscy jogini już dawno temu odkryli, że oddech jest bramą do cudownych mocy i duchowego wyzwolenia. Dziś mamy coraz więcej dowodów na to, że starożytni mędrcy nie mylili się.

Gdy pracujemy, myślimy, śpimy - to oddychamy, żeby żyć - i w niewielkiej tylko części wykorzystujemy potężne możliwości oddechu. Wyobraźmy sobie podziałkę ze wskazówką, która pokazuje stan oddychania. Wskazówka stoi pośrodku podziałki - i to jest nasze zwykłe oddychanie. Gdyby wskazówka odchyliła się w lewo od środka podziałki, oznaczałoby to, że oddech nie dostarcza dosyć tlenu i człowiek zaczyna się dusić. Na skraju podziałki po tej stronie znajduje się czerwona kreska - to śmierć. A co by się stało, gdyby wskazówka naszego oddychania przesunęła się na prawo od środka skali? Co się dzieje, kiedy - oddychając - dostajemy tlenu za dużo?


Rysunek, jaki wykonałem po zakończeniu sesji, aby nie zapomnieć swojej wizji:
1. Człowiek Burzy 2. Dąb "macrocarpa"
3. Kosmiczne Drzewo 4. "Zapładniacze"
5. Kuźnia Hefajstosa 6. Budda Amitabha
7. Oświecenie Buddy Siakjamuniego
8. Mój ogród
9. Przemiany czasu
10. Zadowolone szkielety
11. Lwy.

Otóż okazuje się, że prawa strona skali oddychania dotyczy obszaru zmienionych stanów świadomości, czyli świadomości wizyjnej - stanu, w którym otwiera się legendarne Trzecie Oko.

LSD - utracony klucz do potęgi
Obszar zmienionych stanów świadomości jest niezwykle interesującym tematem badań. Nic więc dziwnego, że współcześnie na Zachodzie zainteresowali się nim badacze z różnych dziedzin - np. twórcy rebirthingu, czyli techniki cofania się (w wewnętrznej wizji) do własnych narodzin; a także odkrywcy regressingu, którzy w podobny sposób cofają pacjentów aż do ich poprzednich wcieleń. Innym badaczem odmiennych stanów świadomości był Stanisław Grof.
Osoba, prace i odkrycia Stanisława Grofa pozostają w Polsce niemal nieznane. Grof jest Czechem, chociaż obecnie mieszka i pracuje w Stanach Zjednoczonych. Urodzony w 1931 roku, ukończył studia medyczne i został psychiatrą. Jeszcze pod koniec studiów zainteresował się mało wówczas znaną substancją wprowadzającą umysł człowieka w stany zmienionej świadomości, które wówczas uważano - niezbyt słusznie - za pochodne schizofrenii. Substancja ta w późniejszych latach stała się sławna - było to LSD...
Grof nadał doświadczeniom z LSD wielki rozmach. Podawał ten halucynogen swoim kolegom-lekarzom, ochotnikom i psychicznie chorym. Słuchał opowieści o dziwnym świecie, który powstaje w umyśle pod wpływem LSD. Gdy uświadomił sobie, że nie ma na świecie większego od niego znawcy tego tematu, postanowił przenieść się ze swoim warsztatem badawczym do USA. Ale był to już rok 1967 i Grof w Stanach trafił na szczyt hippisowskiej "rewolucji dzieci-kwiatów". LSD "brała" cała tamtejsza zbuntowana młodzież - "kwas" stał się popularnym narkotykiem, a powtarzające się "odloty", połączone z życiem w komunach, budziły coraz większe zaniepokojenie rodziców, polityków i policji. W końcu zażywanie LSD zostało prawnie zabronione i środek, który Stanisław Grof uważał za klucz do ludzkiej duszy i do poznania całej psychicznej złożoności człowieka, zaczął być tępiony jak pospolite narkotyki. W tej sytuacji Grof zaczął szukać takiej metody docierania do głębokich pokładów podświadomości, która by nie niepokoiła żadnych służb śledczych. I znalazł - głębokie oddychanie, czyli szok tlenowy.

Szok tlenowy - brama do wewnętrznego świata
Organizm broni się przed zbyt głębokim oddechem. Zazwyczaj przy wdechu i wydechu wymieniamy tylko około 10% powietrza zalegającego w płucach. Ta oszczędność ma sens: zbyt silna fala świeżego powietrza naraziłaby delikatne pęcherzyki płucne na wysuszenie i wyziębienie. Można jednak przełamać odruchowy opór organizmu i przejść na oddech głęboki i szybki. Następuje wtedy szok tlenowy (hiperwentylacja): nadmiar tlenu w przyśpieszonym tempie zaczyna spalać glukozę w tkankach, głównie w mięśniach, i organizm nagle dostaje od środka taką uderzeniową dawkę energii, do której nie przywykł, i z którą po prostu nie bardzo umie sobie poradzić.
Sztuka głębokiego oddychania, które Grof nazwał oddechem holotropowym, polega na umiejętnym przetwarzaniu strumienia wewnętrznej energii w wizje, w wewnętrzne widzenie i odczuwanie. Nie należy przy tym walczyć z energią (ani jej blokować), która dosłownie rozrywa całe ciało niby odpalony w płucach granat. Trzeba jej pozwolić wyrazić się tak, jak ona tego chce. Wtedy następuje otwarcie Trzeciego Oka.
Uwaga: pod żadnym pozorem nie wolno stosować głębokiego oddychania samodzielnie, bez opieki przeszkolonych osób, gdyż nie kontrolowana hiperwentylacja może doprowadzić do śmierci.

Moja wewnętrzna wizja Niedawno miałem przyjemność brać udział w warsztacie holotropowego oddychania - być może pierwszym w Polsce. Zajęcia te prowadził pan N. V., uczeń Grofa, z zespołem pięciorga swoich asystentów. W jego (jak i Grofa) wykonaniu ta technika oddechowa służy przede wszystkim jako środek psychoterapeutyczny, ale podczas warsztatu, w którym brałem udział, poddali się jej ludzie zupełnie zdrowi - głównie zresztą sami psychoterapeuci.
Mimo to pierwsze wrażenie, jakie mógłby wynieść przypadkowy obserwator (gdyby udało mu się zajrzeć na salę), byłoby co najmniej dziwne. Ciała osób poddanych szokowi tlenowemu wykonują mimowolne ruchy; nie można powstrzymać śmiechu, płaczu i krzyku. Nad leżącymi krzątają się czujni asystenci, gotowi pomóc natychmiast, gdyby ktoś miał kłopoty. Ale wszyscy przeszli przez tę próbę w jak najlepszej formie i wracali z warsztatu niby nowo narodzeni.
Na początku wizji, jakiej doświadczyłem, energia wypełniająca moje ciało objawiła mi się jako identyczna z tą, którą rozbudzali w sobie dawni praindoeuropejscy wojownicy (po wypiciu somy - magicznego napoju, który wprawiał ich w stan heroicznego uniesienia, widzieli siebie jako olbrzymów-nadludzi sięgających głowami chmur). Teraz, kiedy leżałem po serii głębokich oddechów, ich energia rozrywała moje ciało.
A później... ujrzałem mnóstwo obrazów o wielu znaczeniach, które trudno wyrazić słowami. Zobaczyłem kosmiczne zjawiska: Słońce i burzowe chmury; mocarza dzierżącego w rękach gromy; stalowy dąb, który sięgał od ziemi do nieba. Pod korzeniami drzewa znajdowała się kuźnia, gdzie pracowali boscy kowale, a od jego pnia odrywały się rogate męskie postaci, które, naładowane energią, gnały przed siebie...
Widziałem drzewo figowe, pod którym Budda właśnie osiągnął oświecenie. Ujrzałem siebie samego w swoim ogrodzie i poczułem się doskonale pogodzony ze sobą. Patrzyłem na obraz przemian czasu: nad kulą ziemską przesuwały się strefy dnia i nocy. A na koniec pojawił się widok mnóstwa szkieletów, które pozostawiłem po moich poprzednich życiach. Leżały wszędzie pod ziemią; widać było, że czują się dobrze, gdyż ułożone były w niedbałych pozycjach, a ich zębate paszcze śmiały się szeroko...
Wizje powoli wygasały... Napięcia w ciele, które wcześniej wydawały się nie do zniesienia, zniknęły, jakby ich nigdy nie było. Nie czułem też potrzeby jakiegokolwiek ruchu. Z głośników sączyła się jeszcze muzyka, która nadal przekształcała się w obrazy. Usiadłem; byłem jeszcze oszołomiony tymi falami dziwnej mitologii, jakie przewaliły się przez mój mózg. Miałem nieoczekiwanie wiele czasu - moje wizje trwały może ledwie pół godziny...

Wojciech Jóźwiak  http://www.gwiazdy.com.pl/


POWRÓT