W listopadzie 1973 roku
wybuchła w Wielkiej Brytanii istna epidemia zginania łyżeczek. Krążyły
setki opowieści o wykrzywionych i połamanych sztućcach, chochlach, patelniach
i metalowych grzebieniach. Dyrektor wielkiej firmy handlowej twierdził, że
skoncentrował się tylko przez parę sekund, a klucz w jego kieszeni tak się
wygiął, iż nie mógł nim otworzyć drzwi domu. Ktoś narzekał, że wygięła
mu się antena telewizyjna, a pewna pani rozpaczała nad stratą pieniędzy. Otóż
w prezencie urodzinowym dla córki zamówiła komplet złotej biżuterii.
Tymczasem kolczyki i pierścionek poskręcały się w dziwaczne formy i
przypominały raczej dzieło sztuki nowoczesnej.
Zjawisko zginania się metalowych przedmiotów szybko rozpowszechniło się w całej
Europie i USA, a wszystko to za sprawą jednego z głośniejszych i zarazem
kontrowersyjnych mediów lat siedemdziesiątych, Uri Gellera. Przypadki
psychokinezy, czyli oddziaływania siłą myśli na przedmioty, poruszania ich i
zmieniania kształtu, odnotowano już w XVIII wieku. Wielu ludzi było
obdarzonych takimi zdolnościami, ale to właśnie Geller stał się najsłynniejszy.
Zagorzali przeciwnicy zarzucali mu posługiwanie się cyrkowymi sztuczkami, lecz
niezaprzeczalnego oszustwa nie udało mu się dowieść.
Uri jeździ przedziwnym samochodem - cadillakiem pokrytym powyginanymi
przez siebie sztućcami.
Uri urodził się w 1946
roku w Izraelu. Po separacji rodziców spędził pewien czas w kibucu, a potem
wyjechał z matką na Cypr i tam ukończył szkołę średnią. W 1967 r. wrócił
do Izraela i wstąpił do wojska, do jednostki spadochronowej. Został ranny
podczas strzelaniny w Jerozolimie i musiał opuścić armię. W ośrodku
rehabilitacyjnym dla żołnierzy poznał swoją przyszłą żonę, Hannę
Shtrang, zaprzyjaźnił się również z jej bratem Shipim. Po wyjściu z wojska
długo nie mógł znaleźć ciekawej pracy, zarabiał jako model, a potem
doradca w kibucu. Wreszcie wpadł na pomysł, by zająć się magią.
Razem z Shipim zaczęli studiować książki dla iluzjonistów i trenować
sztuczki. Uri musiał się tylko nauczyć odpowiedniego zachowania na estradzie
i wyćwiczyć różne gesty, gdyż zdolności paranormalne przejawiał już od
dzieciństwa. Jego babcia pamiętała, że jako mały chłopiec czytał w jej myślach
i wyginał łyżeczkę leżącą na dłoni. Również nauczyciele ze szkoły średniej
długo nie mogli zapomnieć ucznia, który dla kawału cofał lub zatrzymywał
zegarki.
Uri twierdził, że jego zdolności ujawniły się po porażeniu prądem, gdy próbował
naprawić maszynę do szycia swojej matki.
W 1969 r. odbył się pierwszy publiczny występ Gellera. (Przedtem występował
ze szwagrem tylko na uroczystościach w kibucu i na prywatnych przyjęciach.)
Podczas tego pokazu wyginał różne przedmioty i nawiązywał kontakt
telepatyczny z widzami. Opowiadał publiczności o swoich zdolnościach
paranormalnych, czym doprowadził do szału innych magików. Zarzucali mu
oszustwo, na łamach popularnej gazety ukazały się artykuły odsądzające
Gellera od czci i wiary. Ktoś nawet puścił plotkę, że stanął przed sądem
jako hochsztapler.
Mimo tych ataków Uri stał się wkrótce najlepiej zarabiającym magikiem w
Izraelu. Zainteresował się nim Andrija Puharich, pisarz i badacz zjawisk
paranormalnych. W 1971 r. wybrał się do Izraela, by zbadać to niezwykłe
medium. Wprowadzał Gellera w trans hipnotyczny i wkrótce stwierdził, że ma
on kontakt z cywilizacją pozaziemską. Jest jakby kanałem łączności z 9
tajemniczymi władcami Wszechświata i porozumiewa się z mieszkańcami planety
Hoova, 16 tysięcy razy większej od Ziemi. Przeciętna długość życia na tej
zagadkowej planecie wynosi ponoć milion lat.
Owe przesłania od Hoovitów, o których opowiadał Puharich, były zagmatwane i
nudne. Na jednym z seansów hipnotycznych Uri powiedział m.in.: "W
Kosmosie istnieją różne cywilizacje. Żyją tam istoty przewyższające nas
inteligencją. Poruszają się one w innych wszechświatach, podporządkowanych
innym prawom. Od dawien dawna próbują się z nami porozumieć. Służę im
jako narzędzie, jestem ich pośrednikiem, posługują się mną, aby unaocznić
swoje istnienie coraz większej liczbie ludzi i utorować drogę przyszłości."
Jak na pośrednika kosmitów, mało konkretne to przesłanie. Te historyjki
zaszkodziły reputacji Gellera. Po rewelacjach z Hoovy izraelski lekarz Itzhak
Bentow stwierdził, że zdolności Uriego to efekt działania poltergeistów niższego
rzędu. Uczony John White uważał, że ten człowiek został okłamany i
wykorzystany przez złe siły Wszechświata.
Geller szybko wycofał się ze swoich kontaktów z kosmitami, mówił, że umiejętności
zginania metalu "to może być siła myśli, wyraźny objaw inteligencji,
może to być cokolwiek. To nie musi przybierać postaci istoty".
W 1972 r. z pomocą astronauty Edgara Mitchella Puharich zorganizował wizytę
medium w USA. Fizycy Harold Puthoff i Russel Targa z Instytutu Badawczego
Stanford przeprowadzili z nim szereg eksperymentów. Filmowali je i pokazywali
potem zawodowym iluzjonistom, by wykryli różne sceniczne tricki. Geller trzymał
dłonie nad 10 metalowymi kasetami i bezbłędnie odgadywał, która jest pusta.
Podczas kilku prób odgadł liczbę oczek na kostkach do gry umieszczonych w
metalowym pudełku.
Przeprowadzano również doświadczenia z przekazem telepatycznym. Nadawca
znajdujący się w odległości 5 tys. km od Gellera koncentrował się nad 15
rysunkami. Uri bezbłędnie rozszyfrował 7, a 4 dość dobrze określił.
Powiedział np., że widzi dużą roślinę, a na obrazku było drzewo.
Głównym tematem badań były jednak efekty psychokinetyczne, ale Gellerowi nie
zawsze udawało się wygiąć metalowe przedmioty. Niechętnie poddawał się
eksperymentom, wolał występy na estradzie. Przez 4 lata dał się namówić na
kilkanaście prób w USA i Anglii. Często upierał się, by doświadczenia
przebiegały zgodnie z jego sugestiami, a wówczas trudniej było wykluczyć
oszustwo. Krytycy twierdzili, że wyginając łyżeczki, stosuje substancje rozkładające
metal, tzw. halogenki, od dawna znane iluzjonistom.
Zdania naukowców o jego zdolnościach były podzielone. John Taylor, badacz
zjawisk paranormalnych, próbował tylko raz przeprowadzić z nim eksperyment.
Uri przyszedł do jego laboratorium w Londynie, ale niczego nie dokonał i więcej
już się nie pojawił. George Owen z Fundacji Badań Nowych Horyzontów w
Toronto twierdzi, że dysponuje on niezwykłymi zdolnościami. Doświadczenia
nie udawały się, bo ważna jest atmosfera, nastawienie naukowców do "królika
doświadczalnego".
Rzeczywiście, pod czujnym i krytycznym okiem badaczy Uri jakby tracił moc. Może
za bardzo się starał i chciał za wszelką cenę dobrze wypaść?
23 listopada 1973 r. rozpoczęła się w Anglii prawdziwa gelleromania. Uri wystąpił
w programie Davida Dimbleby "Talk-in", nadawanym równocześnie w
radiu i telewizji. Delikatnie pocierał łyżkę trzymaną przez gospodarza
programu, aż zgięła się na pół. Wyniki kolejnych prób były rewelacyjne,
czasem przedmioty zginały się dopiero po chwili, gdy odkładał je na stolik.
Noże, widelce i klucze skręcały się, choć wcale ich nie dotykał. Już po
pierwszym programie redakcja została zasypana listami. Ludzie przysięgali, że
gdy Geller zginał łyżeczkę w studio, ich własne klucze, sztućce i
bransoletki przybierały dziwne kształty.
Uzdolnienia Gellera były sprawdzane za pomocą wielu dziwacznych
eksperymentów. Podczas tego Uri wygiął łyżkę pod wodą.
Podczas następnej audycji
Izraelczyk zachęcał widzów, by spróbowali swych sił. Aż 293 osoby zgodnie
twierdziły, że w ich domach wyginały się sztućce, stawały zegary, a klucze
same przekręcały się w zamkach. Pewien policjant napisał w oficjalnym
raporcie, że 48 km od Londynu, skąd nadawano program, znalazł 6
zdeformowanych noży.
Tego rodzaju eksperymenty powtórzono w wielu krajach Europy i w USA. Wyniki były
identyczne. Okazało się, że "efekt Gellera" może trwać nawet dobę.
Pewna starsza pani, mieszkanka Monachium, opowiadała, że następnego ranka po
programie usłyszała w szufladzie komody podejrzane chroboty. Przekonana, że
zalęgły się tam myszy, poprosiła o pomoc sąsiada. Gdy otworzył szufladę,
zobaczyli, że sztućce falują jak węże, wyginają się w różnych
kierunkach.
Nie wszyscy byli zachwyceni działaniami medium. Pewien Niemiec zażądał
odszkodowania, gdyż wygiął mu się komplet cennych sztućców i pozłacana
klatka dla ptaków.
Młoda Szwedka wystąpiła do sądu, twierdząc, że przez Gellera zaszła w ciążę!
Podczas programu zadziałał na jej spiralę wewnątrzmaciczną.
Po występach medium wiele osób ujawniło podobne zdolności. Ludzie ci niczym
się dotąd nie wyróżniali z szarego tłumu, po prostu obejrzeli program i
zgodnie z sugestią Gellera spróbowali coś wygiąć (największe zdolności
zaobserwowano u dzieci i młodzieży). Posługiwali się różnymi technikami,
pocierali przedmiot dłonią albo oddziaływali na odległość. Niektórym
udawało się nawet wyginać wielkie patelnie i garnki.
Trudno tu mówić o oszustwie - aby zdeformować ciężki rondel, potrzeba
przecież nadludzkiej siły albo choćby kompletu specjalistycznych narzędzi.
Oczywiście, niektórzy oszukiwali i dyskretnie wyciągali z kieszeni wcześniej
zgięte przedmioty.
Po pewnym czasie naukowcy zaostrzyli jednak kontrolę eksperymentów. Osoba
badana nie wiedziała wcześniej, jaki przedmiot dostanie do zginania. Często
ukrywano też łyżeczki i klucze pod szklanym kloszem zabezpieczonym dodatkowo
pieczęcią lakową. Wówczas okazało się, że wiele talentów
psychokinetycznych można między bajki włożyć. Dla Gellera jednak szklany
klosz nie stanowił przeszkody. Siłą myśli wyginał przedmioty i poruszał
szalką wagi.
Ten niezwykły Izraelczyk występował przez 4 lata. Łamał i zginał metal,
zatrzymywał zegary albo sprawiał, że wskazówki poruszały się w odwrotnym
kierunku. Siłą myśli przesuwał ciężkie przedmioty, zatrzymywał silniki i
sprawiał, że świeżo ścięty kwiat usychał w kilka sekund.
Nawet komputery nie mogły się oprzeć jego sile: potrafił skasować zawartość
dyskietki, wymazać fragmenty z karty magnetycznej albo zatrzymać wydruk
danych.
Uri Geller
demonstruje zginanie łyżek na przyjęciu dla dzieci.
Geller lubił robić
badaczom dowcipy. Kiedyś zaprosił go do domu prof. John Hasted z Uniwersytetu
w Londynie. Panowie siedzieli w salonie i rozmawiali, a żona profesora zajęła
się przygotowaniem obiadu. Nagle usłyszeli jej krzyk i pobiegli do kuchni.
Zostawiła na blacie mrożonego indyka i zobaczyła, jak wylatują z niego
podroby i spadają na stół. Uri uśmiechnął się: "chciałem pani pomóc".
Pisarz Colin Wilson miał jechać z Gellerem do Barcelony. Spotkali się, by
uzgodnić szczegóły i w pewnym momencie pisarz zobaczył fruwające w
powietrzu hiszpańskie monety.
Medium robi na ludziach różne wrażenie, silnie przyciąga lub odpycha
psychicznie, ale chyba nikt nie pozostaje obojętny. Bioterapeuta i wiceprezes
Międzynarodowego Towarzystwa Badań Psychotronicznych Ryszard Tomaszewski
spotkał się z Gellerem dwa razy: w Brukseli, podczas eksperymentów naukowych,
i w Niemczech, przed programem telewizyjnym. Widział na własne oczy, jak Uri
cofał wskazówki dużego zegara z wahadłem. Mówi, że ten człowiek jest
doskonałym showmanem, potrafi skupić na sobie uwagę publiczności, między
innymi stosując pewne gesty hipnotyzerskie.
W 1976 r. Geller wycofał się z występów estradowych.
Zajął się poszukiwaniami złóż mineralnych i ropy naftowej, m.in. w
Brazylii, Australii i na Wyspach Salomona. To nowe zajęcie okazało się o
wiele bardziej opłacalne. Szybko stał się milionerem.
W 1985 r. osiedlił się w Wielkiej Brytanii i kupił ogromną posiadłość w
Berkshire. Rok później wydał drugą już z kolei książkę, zatytułowaną
"The Geller Effect". Opisał w niej rozmaite zlecenia, których się
podejmuje, łącznie z zamówieniami od instytucji bezpieczeństwa publicznego i
agencji wywiadowczych. Podczas wojny w Zatoce Perskiej chciał się spotkać z
Saddamem Husseinem, by mentalnie wpłynąć na niego i doprowadzić do zakończenia
konfliktu. Planował podróż do Bagdadu swoim niezwykłym cadillakiem, pokrytym
wygiętymi sztućcami i kluczami.
Dziś nadal pracuje dla kompanii górniczych i wykonuje tajne zlecenia dla przywódców
kilku krajów. Lansuje również niezwykłe kolekcje biżuterii, osobiście
przez niego wyginanej.