Schyłek XIX wieku przyniósł nowe, jak najbardziej naukowe spojrzenie na sprawy magii i spirytyzmu. W 1882 roku w Londynie powstało naukowe Towarzystwo Badań Metapsychicznych. W ciągu trzech lat, od kwietnia 1889 r. do maja 1892 r., grupa 410 ankieterów Towarzystwa przebadała siedemnaście tysięcy osób. Dziesięć procent badanych przyznało się do kontaktów z nieznanym!Są wśród nas
Jednym z najstarszych przekazów o duchach jest traktat wielkiego rzymskiego mówcy i prawnika Cycerona pt. "Podróżnicy z Megary". Opowieść ta jest równocześnie dowodem na to, że zmarłemu łatwiej nawiązać kontakt z żywą osobą podczas snu niż na jawie.
Dwaj podróżni postanowili zanocować w Megarze. Jeden znalazł kąt w gospodzie, drugi u rodziny. Śpiącemu u rodziny w pewnej chwili przyśnił się przyjaciel z gospody, błagający o pomoc, bo właśnie karczmarz zamierza go zamordować. Utrudzony podróżą człowiek po chwilowym przebudzeniu wkrótce zasnął. Po chwili przyszedł nowy sen: karczmarz przyznał się w nim do zbrodni(!), a przyjaciel prosił o pomszczenie go. Wyjawił też miejsce ukrycia zwłok.
Rano podróżnik, działając zgodnie z opisem otrzymanym podczas snu, istotnie odnalazł zwłoki przyjaciela ukryte pod stertą siana. Dzięki temu zbrodniarz niebawem stanął przed sądem.
Złoszczą się i nadrabiają zaległości w wychowaniu
Pierwszym badaczem, który zawodowo trudnił się zbieraniem relacji z dziedziny spirytyzmu, był Joseph Glanvill, spowiednik króla Anglii Karola II. Jego dzieło: "Sadducismus Triumphatus" - zawierające prawdziwe i kompletne dowody na istnienie czarownic i zjaw - ukazało się po jego śmierci w 1681 roku.
Glanvill badał na przykład tak zwaną sprawę Widmowego Dobosza - ducha gnębiącego rodzinę z Whiteshire w latach 1662-1663. Któregoś dnia John Mompesson zabrał bęben napotkanemu przypadkowo włóczędze, który wkrótce zmarł. Od tego dnia w domu zaczął się istny horror. We wszystkich pomieszczeniach o różnych porach słychać było bicie w bęben, a pewnego razu mieszkańcy ujrzeli przerażającego stwora z płonącymi, czerwonymi ślepiami. Potwór znikł wprawdzie po parunastu sekundach, ale upiorne dźwięki nie ustały. Przybrały nawet na sile, bo oprócz odgłosów werbla dało się słyszeć również ciężkie stąpanie, pomruki i skrzypnięcia, przywodzące na myśl działalność poltergeista. Zjawisko, nigdy nie wyjaśnione, ustąpiło samoczynnie w 1663 roku.
Jeśli wierzyć kronikarzom, duchy pochodzące z XVII i XVIII wieku rzadko naprzykrzały się żywym. Jeśli przychodziły, to jedynie w celu zakończenia spraw, których nie zdążyły załatwić za życia, bądź aby ostrzec o grożącym niebezpieczeństwie. Jedną z najsłynniejszych takich historii opisał John Aubrey w książce "Z życia wzięte".
Straszą i rozśmieszają
Badacz zjawisk niewyjaśnionych, Rene Haynes, zimą do pracy i z powrotem jeździł autostopem. Rzecz ciekawa: o ile kierowcy chętnie zabierali go w ciągu dnia, o tyle miewał poważne problemy z powrotem do domu w godzinach wieczornych. W końcu doszło do tego, że musiał godzinę czekać na autobus, ponieważ kierowcy nie dość, że się nie zatrzymywali, to na jego widok jeszcze przyspieszali. Haynes nic z tego nie rozumiał, bo przecież zatrzymywał pojazdy powszechnie zrozumiałym gestem, przy czym wieczorem, by być lepiej widocznym, podświetlał swoją czerwoną rękawicę światłem kieszonkowej latarki.
Po jakimś czasie pewien znajomy spytał go: Czy jako badacz niezwykłych zjawisk zechciałbyś rozpracować tajemnicę czerwonej dłoni straszącej po nocach kierowców?
Widmo sir George'a Villiersa ukazało się Nicholasowi Towesowi, przyjacielowi syna Villiersa, pierwszemu księciu Buckingham. Zapytany, dlaczego niepokoi żywych, sir George odparł: "Martwią mnie niegodziwości, jakich dopuszcza się mój syn na dworze królewskim. Wpłyń na niego, by zmienił swoje postępowanie." Młody Villiers wyśmiał przyjaciela, uznając, że padł on ofiarą omamów wzrokowych.
Widmo nieboszczyka ukazało się Towesowi po raz drugi, mówiąc, że w takim razie książę umrze w ciągu najbliższych trzech miesięcy. Zmarły przepowiedział też, że Towes przeżyje młodego księcia o pół roku. Przepowiednia potwierdziła się w całej rozciągłości: książę zmarł niebawem, a Towes pół roku po nim. Jedyne, co dziwi w tej historii, to fakt, że duch zmarłego potrafił przepowiedzieć datę śmierci obydwu młodzieńców, a nie umiał przewidzieć reakcji własnego syna na ostrzeżenie.
Ostatnia wizyta
Klaus Schreiber (z lewej) twierdzi, że udało mu się nagrać na taśmę filmową obraz jego zmarłej córki Karin (poniżej).
Adam Lipczyński