Wiadomości
z zaświatów
Jasnowidze, wizjonerzy,
wpadające w trans media... wszystko to, zdaniem "oficjalnej" nauki,
jest bzdurą, wymysłem, tanią pożywką dla gawiedzi lub zwykłym oszustwem
sprytnych hochsztaplerów. Jednak czasem nawet najbardziej sceptycznie
nastawieni uczeni są zupełnie bezradni wobec niezbitych faktów, których są
świadkami.
Latem 1950 r. we włoskim miasteczku Camerino odbywał się seans
spirytystyczny. Nie był to jednak zwykły seans. Wśród obecnych znajdował się
profesor uniwersytetu, dr Giuseppe Stoppolini, wybitny anatom i światowej sławy
psychiatra, laureat wielu nagród i wyróżnień. Przyszedł z ciekawości, gotów
natychmiast zdemaskować każde oszustwo.
Medium było w transie i mamrotało coś bez związku. Nagle została nawiązana
łączność. Zgłosiła się niejaka Rosa Menichelli, zmarła w 1939 r. na gorączkę
połogową. Przekazała przerażającą wiadomość, że pochowano ją żywcem
na cmentarzu w Camerino. Na prośbę dra Stoppoliniego władze zezwoliły na
ekshumację zwłok. Przy otwarciu grobu profesorowi towarzyszyli: dr Mateo
Marcello, patolog dr Alfredo Pesche, fotograf i trzej przedstawiciele władz
miejskich. Po otwarciu trumny ich oczom ukazał się wstrząsający widok.
Pozycja zwłok świadczyła wyraźnie o okropnej, pełnej męczarni agonii - z
całą pewnością Rosa Menichelli została pochowana w stanie śpiączki.
Po tym makabrycznym odkryciu dr Stoppolini przeforsował ustawę o obowiązkowym
balsamowaniu zwłok, aby w przyszłości uniknąć podobnych pomyłek. Uwierzył,
że nieszczęśliwa kobieta została pogrzebana żywcem, ale do końca życia
nie był w stanie wytłumaczyć, w jaki sposób medium przekazało tę wiadomość
i skąd ona pochodziła.
Nieprawdopodobny
eksperyment naukowy
Istnienie zaświatów i możliwość przekazywania stamtąd wiadomości
postanowiło udowodnić pięciu ludzi, zmarłych na początku XX wieku. Byli to:
Frederic Myers, Edmund Gurney, Henry Sidgwick, A.W. Verral i Henry Butcher.
Przed śmiercią postanowili, że gdy znajdą się już po Tamtej stronie, nawiążą
kontakt z żyjącymi mediami i zaczną przekazywać informacje. Całą piątkę
stanowili cieszący się szacunkiem uczeni różnych dyscyplin. Wszyscy należeli
do Society for Psychical Research, poważnego stowarzyszenia naukowego zajmującego
się badaniem zjawisk paranormalnych.
Organizacja ta istnieje do dziś, a jej rzetelność jest niepodważalna -
przewodniczącymi byli między innymi trzej laureaci Nagrody Nobla. Zadaniem
stowarzyszenia jest przede wszystkim oddzielenie prawdy od fałszu. Jego członkowie
uczestniczą więc w seansach i publicznych pokazach mediów, jasnowidzów i różnych
cudotwórców. Zdemaskowali wielu szarlatanów i oszustów.
Dlatego pięciu uczonych postanowiło po swojej śmierci udowodnić istnienie zaświatów
w sposób ściśle naukowy, wykorzystując do tego organizację skupiającą
najtęższe umysły epoki.
Znaleziono kobietę, która po starannie przeprowadzonych próbach i
eksperymentach udowodniła, że posiada zdolność pisma automatycznego. To ona
miała stać się pierwszym medium, z którym mieli nawiązać łączność
zmarli uczeni.
Pierwsza informacja pojawiła się w 1906 roku. Kobieta przekazała
stowarzyszeniu informację, że odebrała wiadomość od zmarłego w 1901 r.
Frederica Myersa, założyciela Society for Psychical Research.
W ciągu trzydziestu lat organizacja otrzymała ponad 3000 wiadomości od różnych
mediów z Anglii i USA. Autentyczność systemu polegała na tym, że każde
medium odbierało tylko część komunikatu, a dopiero z zebranych fragmentów
powstawała klarowna i logiczna całość. Poruszane tematy należały do tych
dziedzin wiedzy, którymi zajmowało się pięciu zmarłych uczonych. Podawane w
komunikatach szczegóły były znane tylko im, co było łatwe do udowodnienia.
Poza tym, aby nie być posądzonym o oszustwo, uczeni przed śmiercią
opracowali cały system zabezpieczeń i pułapek. Bezpośredni odbiorcy
komunikatów, z braku odpowiedniego wykształcenia, nie mogli ich właściwie
odczytać.
Całe to wydarzenie przeszło do historii wiedzy o zjawiskach paranormalnych pod
nazwą "Cross Correspondences" (korespondencja krzyżowa). Zjawisko to
od lat poddawane jest szczegółowym analizom naukowym. Nie zdołano go wyjaśnić
złudzeniem, halucynacją czy oszustwem.
Konfucjusz jak żywy
15 października 1926 r. dr Neville Whymant, światowej sławy znawca języków
orientalnych, był na przyjęciu u sędziego Williama Cannona i jego żony.
Gospodarze zaplanowali seans spirytystyczny, czym Whymant poczuł się dotknięty,
bo nigdy nie wierzył w tego rodzaju rzeczy. Został jednak, by nie urazić gości.
Medium był mężczyzna o nazwisku George Valiantine, który miał zdolność
bezpośredniej projekcji głosu (medium nie porusza ustami, a głos dociera
jakby z przestrzeni).
Dr Whymant siedział poirytowany, kiedy nagle usłyszał dźwięk chińskiego
fletu i głos, który zwracał się bezpośrednio do niego, w czystym, starochińskim
języku, znanym jedynie przez garstkę ekspertów. "Bądź pozdrowiony synu
mądrości i czytelniku niezwykłych ksiąg! Uniżony sługa chyli czoło przed
taką znakomitością". Uczony odpowiedział w tym samym języku: "Pokój
z tobą, czcigodny. Pragnę poznać twe imię i twój szlachetny stan."
Niewidzialny odpowiedział: "Nazywam się K'ung-fu-tsu (Konfucjusz), a mój
niski stan to Kiu. Straciłem niezliczone lata i nie doszedłem do kresu drogi.
Czy możesz mi wyjawić swe imię?" Dr Whymant dał się porwać nastrojowi
chwili. Wypytał głos o pewne mało znane szczegóły nauki konfucjańskiej i
uzyskał prawidłową odpowiedź. Mało tego, głos zacytował takie wersy, o których
istnieniu uczony nie miał pojęcia (odnalazł je kilka miesięcy po seansie).
Duch (?) Konfucjusza wyjaśnił też problemy wczesnochińskiej literatury, z którymi
specjaliści od stuleci nie mogli sobie poradzić.
Dr Whymant nie wiedział, co o tym wszystkim sądzić. Czyżby przyjaciele, znając
jego sceptycyzm, urządzili mu przedstawienie? Czy w salonie sędziego ukryte były
głośniki, z których dochodził tajemniczy głos? Tylko po co i jak mieliby to
zorganizować? Dialog prowadzony był w języku sprzed kilku tysięcy lat, nie używanym
od stuleci i znanym zaledwie garstce sinologów. Gdyby to było zaaranżowane
przedstawienie, gospodarze musieliby zaangażować uczonego mającego jeszcze większą
wiedzę niż dr Whymant, co było praktycznie niemożliwe. Wszystko wskazuje więc
na to, że na seans przybył rzeczywiście duch Konfucjusza.
W instytutach naukowych zajmujących się zjawiskami paranormalnymi można znaleźć
niezliczoną ilość podobnych, udokumentowanych relacji. Na całym świecie
uczeni, pełni sceptycyzmu i niewiary w życie pozaziemskie, usiłują rozwikłać
zagadkę tajemniczych, nie wiadomo skąd pochodzących przekazów. Jak dotąd -
bezskutecznie.
Tamara
www.gwiazdy.com.pl
POWRÓT