Rosereine

Nic bez powodu

1.

 Mijał już piąty dzień odkąd opuściliśmy dwór króla Sansouci, gdzie prawdziwy talent i sztukę ceni się ponad złoto i szlachetne kamienie. Daliśmy tam serię prawdziwie udanych przedstawień, a moje pieśni budziły figlarne iskierki w oczach kobiet. Nie darmo zwą mnie podglądaczem dusz niewieścich. Wystarczy mi raz spojrzeć na kobietę by sklecić poemat wyrażający jej najskrytsze marzenia. Zresztą, czy trudno odgadnąć, o czym marzą baby ?

Dość, że przyjęto nas iście po królewsku nie żałując jadła i napitków, co - jak wiadomo - na sztukę wpływa wielce krzepiąco, ciału zaś służy cokolwiek nie bardzo. Koń, który na królewską gościnę również nie powinien był narzekać, stukał teraz miarowo kopytami o wyschłą glinę traktu trzeciej kategorii, a wtórowało mu miarowe skrzypienie kół wozu. Dawno już powinienem je naoliwić, ale jakoś raźniej czuję się w drodze, kiedy słyszę tę znaną od wielu lat melodię:

Skrzypu skrzyp na drodze, polem albo lasem

Teatr to jest życie, a życie to teatr

Wszystko tak się plecie -nie rozróżnisz czasem

Koń kopytem stuka, piorun w dom uderzy

Tu panuje pieniądz tam znowu idea

I już mamy sztukę, tak jak się należy

Zmrok zapadał szybko. Powiedziałbym nawet - zdumiewająco szybko. Jakby upływu czasu nie odmierzało powolne przesypywanie się ziaren piasku w klepsydrze, lecz stukot końskich kopyt. Po prawdzie moja wysłużona chabeta do rączych rumaków nigdy nie należała, ale też z tą szybkością zapadania zmroku nie przesadzajmy. W każdym razie człowieka siedzącego na przydrożu zauważyłem. Nie od razu rzecz jasna, bo gęściejsze tutaj drzewa dawały mu skuteczną osłonę. O nie, drodzy ludkowie. Nie wyobrażajcie sobie, że w krzakach czaił się na nas groźny zbój lub poborca podatkowy. Nic z tego. Człek słusznego wzrostu, wykorzystując zapewne sprzyjającą do odpoczynku połać trawy osłoniętą cieniem drzew, siedział sobie na kamieniu i o ile mnie zmrok nie mylił, pogrążony był w głębokiej zadumie. Tuż obok, starannie ułożona na trawie, w ostatnich promieniach słońca lśniła zbroja. Ho, ho ! Cóż to za zbroja była ! Nie byle jaka. Napierśnik inkrustowany polerowaną miedzią mógłby z powodzeniem uchodzić za zrobiony ze szczerego srebra i złota. Zaś wzory na nim sprawną ręką rzemieślnika umieszczone przywodziły na myśl tajemne znaki kabały, runy przedwieczne i Bóg sam raczy wiedzieć, co jeszcze. Nie gorsze też przy bliższych oględzinach okazały się nałokietniki, nagolenniki i wszelkie inne na-nniki, jakie w skład zbroi mogą wchodzić, a znam się na tym raczej słabo. Zatrzymałem konia tuż obok nieznajomego, ten jednak ani myślał ocknąć się ze swego zadumania. Za to spośród tobołów na tyle wozu swą uroczą główkę wychyliła boska Rosereine. Przeciągnęła się i ziewnęła. Zawsze na ten widok zastanawiam się, jak to możliwe, by tak małe usteczka okalać mogły tak wielki otwór gębowy. Zapewne anatomowie mają na ten fenomen jakieś wytłumaczenie. Zważywszy późną porę uznałem to miejsce za odpowiednie do dłuższego postoju, a i towarzystwo rycerza było na tym odludziu nie do pogardzenia. Szanując jego spokój i mając na względzie, że jednak był tutaj przed nami, rozpoczęliśmy przygotowania. Podczas, gdy ja stawiałem namiot, Rosereine zbierała drewno na ognisko. Nie szło jej to zbytnio - bo i trudno o dość tego paliwa na drodze z rzadka obrosłej przysadzistymi drzewami - lecz nim zdążyłem cały nasz dobytek wwlec do namiotu, pierwsze iskry poczęły podskakiwać nad nieśmiało rozwijającym się płomykiem. Dzielna dziewczyna. A ten nic, tylko siedzi i myśli. Jak na rycerza to i nawet dla mnie zbyt dziwne zajęcie. Chyba, że ma jakiś powód, bo jak powszechnie wiadomo - bez powodu nie dzieje się nic. Podczas, gdy moja piękna zajęła się przyrządzaniem jadła z resztek tego, co udało się nam ocalić z pożogi obżarstwa, ja przyjrzałem się bliżej nieznajomemu i jego ekwipunkowi. Zaiste przedziwny to był skład najrozmaitszych przedmiotów i sam już nie wiedziałem, czy jego właściciel rzeczywiście był tym, na kogo wyglądał. Obok pięknego - według mojego rozeznania oczywiście - miecza, na rozłożonej u ego stóp fioletowej pelerynie, spoczywały dwie opasłe księgi z tajemniczymi znakami na okładkach, dalej wpółotwarta skrzyneczka z rzędem flakoników o kształtach jakich w swoim wędrownym życiu nigdy nie widziałem i mieszki, w których - dałbym głowę - nie złoto przenoszono i driakwie na rany rycerskie, lecz - jak podpowiadała mi rozpasana zmrokiem i podsycana żarem ogniska wyobraźnia - tajemne proszki i mikstury. A to na pohybel smokom, a to na zawezwanie tajemnych mocy lub nadania nadludzkiej siły do walki z olbrzymami. Wszak dla barda takie historie nie pierwszyzna i wiele już kałamarzy opróżniłem sławiąc rycerski stan bardziej niźli na to zasługiwał. Ale co innego wyobrażać sobie rycerza magią się wspomagającego, a co innego samego go spotkać. Nic też dziwnego, że z wielkim trudem powstrzymałem się by nie otworzyć buteleczek, sakiewek nie rozsupłać i stronic ksiąg nie przewertować. Pogładziłem tylko miecz i wzrok zwróciłem na właściciela tej kolekcji. On sam nie mniej tajemniczy widok sobą przedstawiał. Owinięty w jakiś bliżej nie znany mi rodzaj opończy uszytej z bogato haftowanego materiału siedział na głazie, który jakby specjalnie dla niego tu ustawiono, ze skrzyżowanymi rękami i nogami i nisko zwieszoną głową. Gdyby nie ruch spokojnie i miarowo unoszącej się piersi, pomyślałbym, że posadzono go bez ducha w tej ciekawej pozycji dla zadziwienia i przestraszenia podróżnych. Nie spał też pewnikiem bo i nie spotkałem jeszcze nikogo, kto by w pozycji tak niewygodnej zasnąć był zdolny. A i wyraz twarzy jego w migotliwym świetle ogniska przybierał wygląd jakby mędrca usiłującego jednym zamachem znaleźć odpowiedź na wszystkie pytania powstałe od zarania ludzkości. Posiłek szykowany przez Rosereine zaczął już rozsiewać wokół smakowitą woń, przerwałem więc oględziny, by przystąpić do zasłużonej konsumpcji. A zaznaczyć muszę, że jadło przez moją kruszynkę sporządzone nie miało sobie równych. Choć faktem też jest, że umiejętności takiej nabyła z czasem dopiero, bo pierwszych jej posiłków wrogowi swojemu najgorszemu bym nie podał, tak były paskudne. A i zapach ich bynajmniej do miłych nie należał. Ten aromat, który teraz gwałtem wdzierał się w moje nozdrza, i umarłego przekonałby do sowitego posiłku, nie zdziwiłem się więc zbytnio, kiedy postać na głazie poruszyła się. Spieszno mi było napełnić żołądek po trudach podróży, ale jeszcze spieszniej poznać naszego towarzysza i gospodarza poniekąd. Poruszał się zrazu niemrawo, jakby w tym miejscu połowę wieczności przesiedział i przez to elastyczność mięśni całkiem zatracił. Jak człek przebudzony z głębokiego snu rozejrzał się nieprzytomnie i trafiwszy wzrokiem na mnie skłonił lekko głowę w powitalnym geście. Tego mi trzeba było. Nawykły do bacznej uwagi gawiedzi i szanownych widzów, skłoniłem się nisko a wytwornie.

- Bard, trubadur, mistrz pióra i sceny zarazem; Taureau oraz przecudnej urody i takiegoż talentu madame Rosereine w trakcie nieskończonego tourne po wszelkich krainach i królestwach tego świata mają zamiar powitać.

Zazwyczaj już po tym powitaniu - które między nami mówiąc zapożyczyłem od pewnego skończonego wierszoklety wiele lat temu - publiczność przyjmowała nas burzą oklasków. Niestety, tym razem mieliśmy pecha trafić na zupełnego ignoranta w sprawach aplauzu. Zmierzył mnie zdziwionym wzrokiem i ledwo ruszając gębą wymarudził :Ścichaj człowieku. Niech dojdę do siebie. - Nie mając pojęcia ile czasu może mu owo dochodzenie zająć, zaprosiłem go na wieczerzę i czym prędzej sam zająłem się jej konsumpcją. Rosereine sprawiła się przepysznie (wszak o jedzeniu mowa) i byłbym sam wszystko zeżarł nim by kto pacierz zdążył zmówić, jednak rychło dołączył do nas rycerz i przyznać muszę, że owo dochodzenie wyszło mu nadzwyczaj dobrze pod każdym względem. Przeto zamiast napychać żołądek zagadnąłem go grzecznie, skąd pochodzi i czym się zajmuje. Po prawdzie do rozmowy nie trzeba go było namawiać i w przerwach między kęsami pieczeni (aż żal było patrzeć, jak pochłania ilości jadła dla dwóch wystarczające) opowiedział pokrótce swoje dzieje.

- Nasamprzód wypadałoby się przedstawić, więc raczcie wiedzieć mili państwo, żem jest obłędny rycerz Cinqepaule, a zajęcie moje polega na ciągłej walce z samym sobą. Nim się roześmiejecie, co wszyscy czynią, gdy o tym napomykam, wyjaśnię wam pokrótce moje credo. Wszystko, co jest na świecie, jest również w każdym z nas. Każda podłość i każdy miłosierny uczynek nosimy w sobie. Jakakolwiek rzecz nie wydarzyłaby się, wiedzcie, że macie ją także w sobie. Mało tego. Nosimy w sobie uczynki, które się jeszcze wydarzyć nie zdążyły, albo wydarzyć nie miały okazji, lecz popełnione przez każdego być mogą. O ileż więc łatwiej wszelkie zło dusić już w zarodku, w sobie samym, niźli gonić po całym świecie po to tylko by jego skutki łagodzić. Ale wszak nie tylko zło istnieje na świecie, a tym samym - jako się rzekło - i w każdym z nas, ale i dobro, i potęga, i siła, którą w sobie rozwijając, jakbyśmy w całym świecie szerzyli i wzmacniali. Nie jest to praca łatwa i wielu wymaga poświęceń, przemyśleń, zadumy i medytacji, podczas jakowejście mnie tu naszli. I nieraz powiadam sobie "rzuć to Cinqepaule. To nie na twoje barki odpowiedzialność i złamiesz się albo i w obłęd wpadniesz." Przez to i obłędnym się rycerzem nazywam, bo z obłędem największe batalie, o swój rozum, staczam. Największą zaś podporą są mi te księgi, które waść Toro raczyłeś zauważyć.

- Toreau - odważyłem się przerwać mu, a będąc już przy głosie nie omieszkałem zapytać o mieszki i flakony.

- Tak też pana nazwałem, mości Toro. Jeśli zaś chodzi o zawartość skrzyneczki, to noszę w niej pewne specyfiki, które zażywszy mogę osiągać stany ducha niedostępne zwykłym śmiertelnikom i staczać nierzeczywiste boje z nierzeczywistymi przeciwnikami, co wystarczająco rekompensuje mi brak rzeczywistych walk. Aczkolwiek i siły fizycznej nie zaniedbuję codziennie sporo czasu poświęcając doskonaleniu fechtunku na wypadek, gdybym kiedyś realny bój stoczyć musiał. - Tutaj mości Cinqepaule rozgadał się na dobre.

Ani mi w smak było słuchać bredni, które wygadywał, ani patrzeć jak uszczupla przy tym moją wieczerzę, więc baczniejszą uwagę zwróciłem temu, co do pożarcia jeszcze pozostało, delektację wątpliwym rozumem naszego gościa pozostawiając Rosereine. Ona wszakże każde jego słowo łowiła z wielką uwagą z rzadka rzucając jakieś pytanie, które miało jej rzecz całą rozjaśnić. Tyle z tego zrozumiałem, że albo rycerz ów niespełna rozumu był, albo tak mądry, iż na jedno wychodzi. Dziwne zaś mi było, że kruszynka moja na tym wszystkim tak dobrze się wyznaje, bo od tej strony jej poznać nie zdążyłem. Owszem, i jadło robiła wyśmienite, i w alkowie niejednym mnie zaskoczyć potrafiła, a na scenie równych sobie nie miała, lecz żeby i w filozofach tak tęgą mieć głowę to już nie na mój rozum było. A i na rozum Cinqepaule'a nie zawsze, bom z dumą zauważył, że niektóre jej pytania nie lada kłopot mu sprawiały. Aż się zastanawiać począłem (nie pierwszy zresztą raz) czy tak się niebiosom sztuka moja spodobała, że takim mnie skarbem obdarowały, czy też kredyt dostałem, który sztuką swoją spłacić jeszcze muszę ? Kiedy tak sobie wiedli te swoje dysputy, mnie inne treści chodziły po głowie. Właśniem sobie przypominać zaczął, jakem swoją kruszynę odnalazł. Sporo to było czasu temu. Nie pomnę; trzy, albo ze cztery lata . Dość krótko potem, jak z szewskiego warsztatu ojca ruszyłem w świat, żeby bawić ludzi swą poezją, a wędrowną trupę, do której się przyłączyłem, wspomagać piórem i talentem aktorskim. Dobre to były czasy dla mnie, bom sztuk całych pisać nie musiał - kto inny za mnie tę część roboty wypełniał - a jedynie poezje i pieśni. Potem skłóciłem się z nimi, bo zagrać nie chcieli kawałka, który mnie się wyśmienitym i najważniejszym wydawał, a który oni żałosnym nazwali i bez pardonu ze sztuki wyrzucili. Tak mnie to barbarzyństwo wzburzyło, żem bez zwłoki trupę opuścił i rozpoczął życie na własny rachunek. Trudno to z początku było, bo choć pióro mam lekkie i dowcipne, a i głos niezgorszy, ludziom nie w smak było nieznanego barda słuchać, kiedy tylu znanych i szacownych obok się znajdowało, choć talentu nie mieli za grosz. I wówczas to właśnie spotkałem maleńką Rosereine. Ale to temat do zupełnie innej ballady. Oto bowiem imć Cinqepaule zakończył właśnie swoje wywody, ciemno się zrobiło, że oko wykol, a i mnie senność taka ogarnęła, że podziękowawszy za gościnę do snu zacząłem się sposobić. Rosereine przygasiła ognisko, zaś rycerz - choć pod namiot go prosiliśmy - uparł się noc spędzić na swoim kamieniu, który sobie bardzo upodobał. Anim dobrze kruszynki koło siebie nie poczuł, jak mnie ciemność zmogła i zasnąłem.

Świt wstawał przecudny, jasny, jakbyś cały świat wyszorował przed świętem jakowym. Słońce wysoko już stało, kiedym się wreszcie z namiotu wygramolił i przez korony drzew figlarnie cienie liści na drogę rzucało w plamy fantazyjne ją czyniąc całą jak okiem sięgnąć. Roje owadów do pracy przystąpiwszy pobzykiwały tu i tam przelatując to po kwiatach traw, to krzewów i wyżej. Radosny to znak na nadchodzący dzień, kiedy wszelkie życie obudzone pierwszymi promieniami tak ochoczo do zajęć swoich się bierze bez ociągania i z radością. Tak i człowiekowi grzech byłoby dłużej w bezczynności gnuśnieć. Rosereine, jak spostrzegłem, wcześnie tego dnia wstała, bo część tobołów na wozie już się piętrzyła, pozostała zaś ułożona obok niego na mnie czekała. Pozostawało mi zatem tylko namiot złożywszy na wóz go załadować i zaprząc konia, który właśnie swój poranny posiłek kończył. Ha ! O posiłku byłbym zapomniał, boć i jakoś żadnych nęcących po temu zapachów nie poczułem. Teraz dopiero spostrzegłem siedzącą na kamieniu, który jeszcze wczoraj rycerz zajmował. Po nim samym śladu nie zostało, jednakowoż dziewczyna w tejże samej pozycji spoczywała i podobny wyraz twarzy miała, aże mnie coś za serce złapało. Dalibóg ! A jeśli to kamień przeklęty i przez kogoś zawsze musi być zajmowany, toż rycerz podstępem Rosereine na nim posadziwszy sam od tego obowiązku się uwolnił i czmychnął. Co jego zniknięcie bez pożegnania wytłumaczyć może. Zły to znak, bo jako powiadam, bez powodu nic dziać się nie może, przeto i kruszynka moja nie na uciechę moją dana była, lecz jedynie po to, abym ją do tego kamienia przywiódł i na nim pozostawił. Niech skonam, jeśli na to pozwolę ! I choć żadnego o czarach pojęcia nie mam (należało imć Cinqepaule'a uważniej słuchać...), niechybnie sposób jakiś na to odnajdę. Atoli, kiedym tak w zapalczywości i żałości jednocześnie gorączkowo rozmyślał, Rosereine poruszyła się na kamieniu i zobaczywszy mnie zeskoczyła zeń zgrabnie, uśmiechając się słodko tak, iż wszelkie wątpliwości we mnie stopniały.

Kiedyśmy już poranny głód nasyciwszy na wóz wsiedli ku naszej dalszej drodze się sposobiąc, (ja na koźle, Rosereine na tyle, między tobołami - jak to mieliśmy w zwyczaju) bardziej z ciekawości niźli rozeźlenia zagadnąłem ją - myślałem, żem cię już na zawsze utracił, boś tak samo dokładnie, jak ów rycerz, kiedyśmy go tu naszli, wyglądała. Nieładnie tak ze swego przyjaciela i opiekuna zakpić.

- Nie zakpić chciałam - odparła uśmiechając się tak, jak to tylko ona potrafi - ani wystraszyć, tylko zobaczyć, na ile prawdą jest, co dziwak ów przy wieczerzy wygadywał. A usiadłszy na kamieniu tak się zamyśliłam nad jego słowami, żem o całym świecie zapomniała. No i o twoim śniadaniu, boć to najważniejsze było. - udał jej się dowcip, lecz mnie nadal ciekawiło, cóż takiego sprawdzić chciała i jak jej się to powiodło. Nie dała mi czekać na swą odpowiedź, a miły memu sercu szczebiot tym milszy był, że jakoby na nowo zyskany.

- Nasz gość niczego nowego w swym małym rozumku nie wymyślił, a jedynie prastare prawdy tak poprzekręcał, że nie do przyjęcia dla zdrowego umysłu się wydają. Wszak i ty słyszeć musiałeś, że co na górze jest, takoż i na dole być musi. Materia energią jest, życie zaś snem jedynie, z którego człek się budzi umierając. To samo on nam opowiadał, w tak niezgrabne słowa ubierając, że i ten, który mu tę mądrość objawił, mądrości swej by w nich nie rozpoznał. Mnie zaś najbardziej zaciekawiło, iże rycerz nasz nie rozstając się z życiem potrafił - a przynajmniej twierdził tak - z życia onego się obudzić. Tak mnie to męczyło przez noc całą, że i zasnąć nie mogłam, kiedyś ty spokojnie niby niedźwiedź chrapał. Zwlokłam się z posłania, żeby go o rzecz całą dokładniej wypytać. Aliści nie spał już, ani nie mędrkował na kamieniu, tylko ekwipunek swój składając szykował się do dalszej drogi. Kiedym mu wątpliwości swoje wyłożyła, z chęcią mi teorię i praktykę swoją objaśnił, a do tego wszystkiego flakon jeden podarował do onego przebudzenia potrzebny. Aby do twojego przebudzenia nieco czasu zaoszczędzić, spakowałam, co spakować miałam i część tego na wóz wrzuciwszy, siadłam na kamieniu, który do tego eksperymentu najodpowiedniejszym mi się wydawał. Wypiwszy mikstury z flakonu, przybrałam pozycję, jaką mi rycerz zalecił i poczyniwszy w myślach przygotowania, o jakich mnie pouczył zobaczyłam, co zobaczyłam. A co zobaczyłam, tego ci nie powiem. - Cwana bestyjka. I najgorsze jest, iż wiem gdzie się ona tego nauczyła. Jakem mistrz Taureau, nie spotkałem dotąd człeka, który by opowieści swe urywał w miejscu równie nieodpowiednim, jak ja to czynię. A oto pod samym mym bokiem taki talent w tej materii dojrzewał. Niedoczekanie, bym o dalszy ciąg się dopraszał, bo to i bardowi nie przystoi, a i kruszynka sama nie wytrzyma i resztę czym prędzej wyśpiewa. Nie dla niej wszelkie tajemnice, bo z każdą zaraz do mnie przylatuje, tak ją jej babski język świerzbi. Żeby oczekiwanie na ciąg dalszy, który wszak jest częścią mego życia, skrócić, nucić począłem najrozmaitsze kawałki, które mi na myśl przychodziły. Atoli, kiedym niemalże cały swój repertuar wyczerpał, niecierpliwość mnie zdjęła boć kruszyna moja najmniejszej ochoty do opowieści nie zdradzała. Jeśli jednakowoż myślała, że milczeniem mnie do ponaglania zmusi, w srogim była błędzie. By niecierpliwość uciszyć, konia luźno puściłem, by drogę wybierał, sam zaś sięgnąłem do tobołów by dobyć pióra i pisaniem czas oczekiwania zabić. Atoli, kiedym wzrok na dzieweczkę obrócił, małom się w głos nie roześmiał. Spomiędzy tobołów wystawała jedynie jej śliczna główka okolona wianuszkiem złotoczerwonych włosów rozsypanych dookoła niczym delikatna aureola zachodzącego słońca. Spała w najlepsze, a sny musiała mieć doprawdy piękne, bo twarz jej jaśniała promiennym uśmiechem, jakby zupełnie nie w tym świecie się znajdowała. Bo jakże w tym świecie można by się tak uśmiechać, kiedy nie bardzo jest po czemu. Nawet i wiodąc wędrowne życie artysty, zdało by się wolne od wszelakich trosk i rozterek, podróżując z miejsca na miejsce, jak ptak wolnym będąc i poznając wiele dziwnych miejsc i zdarzeń. Nawet nam nie dane było być szczęśliwymi. Szczęśliwymi stale. Nie masz dnia, kiedy by pamięć nie przypominała, iże domu własnego nie mamy - tym bardziej, że kruszynka rodziców wcześnie pozbawiona, pewno go nigdy nie zaznała - i mieć go najpewniej nigdy nie będziemy. Poza nami samymi, żadnych nigdy przyjaciół nie mieliśmy i tylko sobie możemy się pożalić, kiedy tęsknota spokoju nie daje. Jakiż to cudowny sen być musiał, który tak piękny uśmiech wyczarował na tych usteczkach z rzadka tylko śmiechem przystrojonych, a i to tylko wówczas, gdy dla mnie go wyczarowywała ?

Nic bez powodu

2.

Byłbym się może i dzień cały dziwował nad urodą snów mego kwiatuszka pośród tobołów drzemiącego, lecz nie minęło zwrotek wiele, a ponad gęściejszymi tutaj drzewami ujrzałem z rzadka pojawiające się dymy z domostw ani chybi jakichś. Dzień piękny już ku południu się miał. Słońce stało wysoko na niebie przypatrując się mrówczej pracy całego stworzenia, które - ani chybi - właśnie sposobiło się do przerwy obiedniej. To mi na myśl przywiodło, iż jadła jakiegoś nastarać trzeba by, bowiem żołądek mój, choć do strawy nieregularnej przywykły, znać już dawał o sobie. Rosereine nie spała już, tylko gryzmoliła coś na kartkach papieru, które pamiętnikiem swoim zwała, a których czytać nigdy mi nie pozwalała. Ciężko to z początku bywało, bom ciekaw wszystkiego, co się wokół dzieje, a już tego szczególnie, co przed oczyma mymi ukryte bywa. Nieraz więc, co ze wstydem wspominam, błagać mi przychodziło choćby o słów kilka z owych notatek. Ale nigdym się nawet onych nie doczekał. Tak, iż w końcu poddać się musiałem, licząc jedynie, że język kobiecy sam w końcu się rozwiąże i tajemnicę wyjawi. Bazgrała tak już zanim ją poznać zdążyłem i pewnie większej się przez on czas dorobiła lektury, niżby razem wszystkich moich dzieł zebrać, czego jej wielce zazdrościłem.

Tymczasem spośród drzew wychynęły pierwsze dachy czerwoną dachówką kryte, co dobrobyt zwiastowało mieszkańcom, a nam godziwe przyjęcie. Przyjemnie pomyśleć było, żeśmy do bogatego miejsca trafili po kilkudniowej tułaczce, kiedy ledwie strzechy widywać nam się zdarzało biednych domostw, gdzie ledwie mieszkańcom do życia starczało, cóż dopiero o godziwej rozrywce mówić. Więc tyle jedynie, cośmy nowe plotki pośród ludu krążące wymienili i dalej w drogę ruszaliśmy, by ciężarem dla nich nie być. Teraz obraz rysował się w zgoła innych kolorach, więc już w duchu dłonie zacierałem na myśl o zgiełku i wrzawie, jakich powodem nasze występy będą w tym zacnym zakątku. Pierwej należało jednak jakowyś wyszynk nawiedzić. Atoli nie ku żołądka pokrzepieniu (choć i ten na tym sporo zyskać winien) lecz dla zasięgnięcia języka, czego nas życie samo nauczyło, kiedy raz i drugi figle i krotochwile nasze miast spodziewanego wywołać uśmiechu, wielki szum i złorzeczenie czyniły. A to przez kojarzenie rzeczy inne, niźli nam się pospolite wydaje, a to przez zdarzenia jakoweś, których nieznajomość nasza opaczne dawała występów rozumienie. Tedy pierwsze kroki nasze zawsze najprzód tam kierujemy, gdzie wieści najszybciej się rozchodzą, a języki trunkami rozwiązane chętne są do dzielenia się wszelką wiedzą, która przestrzec nas może, byśmy takich, czy owych słów albo i żartów nie popełnili.

Karczma, której próg przekroczyć nam przyszło po krótkim ledwie rozeznaniu, pustkami jeszcze świeciła. Widać mimo pory południowej ludzie tutejsi pracą jeszcze zajęci byli i dotrzeć do niej nie zdążyli. Rosereine, jak to miała we zwyczaju, przy kontuarze się zatrzymała by jadło zamówić i pierwszych się dowiedzieć miejscowych wieści. Ja zaś miejsce na ławie pod oknem zająwszy wzrokiem otoczenie począłem omiatać, by co ciekawsze typy wyłowić, którym - wedle mego rozeznania - pytania można by odpowiednie zadać. Pierwszym, któregom zoczył, był szynkarz za kontuarem stojący. Ale z nim już kruszyna moja się rozprawiać zaczęła, więc nic mi po nim było. Chłopisko to było wzrostu słusznego i tuszy, jak na szynkarza przystało. Twarz jego okrągłą z góry czarna wiecha krótko przystrzyżonych włosów okalała, z dołu zaś tegoż koloru zarost bujny i poskręcany. Dalej kompanija jakaś głośno dyskurs prowadziła, ale tak swoim zajęci byli towarzystwem, że i z nich pożytku żadnego mieć nie mogłem. Ani chybi z nikim obcym akurat gadać ochoty nie mieli. W samym zaś najgłębszym zakątku karczmy (czy czymże ów przybytek był) sam zupełnie, w głębokim zamyśle pogrążony, w szacie zgrzebnej i mocno już zniszczonej siedział człek coś zafrasowany, o twarzy zniszczonej wiekiem i pewnie nazbyt męczącym żywotem. Siwa broda rekompensowała mu brak włosów na czubku głowy, co wygląd mędrca mu nadawało i jeszcze ciekawszym postać całą czyniło. Atoli nim pomyśleć tylko zdążyłem o możliwej z nim rozmowie, już ptaszyna moja sadowić się koło niego poczęła i widać było, że nie bez głębokiego namysłu to uczyniła. Pewnikiem kolejny to musiał być z owych pomyleńców, którzy we wszystkim duchów jakowychś, magii i czarów się dopatrywali i na wszystko proste - zdaniem ich, a pospolicie niepojęte - odpowiedzi posiadali. Takim bowiem kruszyna moja chętnie posłuch dawała i choć niczemu mądremu to służyć nie mogło, nie miałem nic przeciw temu. Bo i cóż mógłbym przeciw mieć, kiedy to kwiatuszka mojego jedyna radość była i zapomnienie o wiecznej tułaczce i o tym, czego z wielkiej boleści i smutku aż na papier przelać nie mogę, iż mimo prób wszelakich i rad u wielu konowałów zaciąganych, nijak nie mogliśmy się potomstwa doczekać. Ja sam, by z pamięci smutek ten przegnać, różnych się imałem zajęć, lecz niczemu dłuższej nie potrafiłem poświęcić uwagi. Jużem w myślach widział, jakie to wielkie i uczone dysputy między sobą toczyli i jakowych dziwnych teorii między sobą wymienili. Jednakowoż nie dane mi było onego widoku doczekać, bowiem zrazu pusta karczma zaczęła się teraz napełniać gawiedzią i gwarem, któregom tak wyczekiwał. Oto typy ludzkie wszelakiego autoramentu wlewać się do wewnątrz poczęły, a wielu spośród nich właściwymi mi się wydawało do rozmowy, której potrzebowałem. Kiedym wreszcie właściwą sobie kompaniję upatrzył i jadło odpowiednie do brzucha wrzucił, rozmowa sama się - jak to zwykle bywa - ku właściwym tematom potoczyła i tak mi w przyjemnym otoczeniu czas miło upłynął, iżem nawet nie zauważył, kiedy słońce ku zachodowi chylić się poczęło. Wieczór równie pogodnie i ciepło się zapowiadał, jak i dzień cały miniony. Wielki czerwony krąg, rzucając purpurową poświatę poprzez przybrudzone okna, z wolna przesuwał się ku końcowi swej dziennej wędrówki, by na kilka godzin choć złożyć swą utrudzoną tarczę za nieskończenie odległymi lasami. Być może, jak wierzyli niektórzy, w nieskończonej otchłani tajemnego oceanu. Powolny ruch chłodniejszego teraz powietrza koił zmęczone wielogodzinnym upałem ciało, tak iż o niczym innym myśleć nie mogłem, jak jeno o godziwym spoczynku, któryby zbolałym członkom właściwą im giętkość przywrócił, a rozumowi dla niego odpowiednią moc i chyżość. Kiedy już kompanija moja ku wyjściu się udała, a i reszta gości z wolna wypływała by uczynić to, o czym właśnie serce moje mi szeptało, począłem niecierpliwie zerkać ku kruszynie mojej, której widać sen na wozie podczas podróży naszej na dobre wyszedł, bo nijak od mędrca owego oderwać się nie mogła za nic sobie późną porę i moje znużenie mając. Kiedy mnie zaś wolnym od innych ujrzała, uśmiech jeszcze większy na jej twarzyczce zawitał i nie bacząc na wszystko, głośnym wołaniem ku sobie i onemu biedakowi mnie przynagliła. Chcąc alibo też i nie, musiałem miejsce swe, na którym już członki moje zmęczone ułożyć się zdążyły, zmienić na nowe, by Rosereine przykrości nie czynić. Jużem się zżymał, iże znowu mi przyjdzie bajania jakiegoś bez rozumu skleconego wysłuchiwać, jednakowoż cóżem uczynić innego miał. Kiedyśmy już przedstawieni sobie zostali (lecz miana onego człeka przywołać z pamięci nie umiem, tak było udziwnione), co dzieweczka moja z taką atencją czyniła, jakby najmniej królów jakowychś sobie prezentowała, zasiadłem przy ławie w sposób dogodny, jednakże zmęczenia mego i małej ciekawości prowadzonego tu dyskursu nie zdradzający. Atoli w miarę upływu czasu, coraz bardziej - czy to przez wzgląd na innych brak atrakcji, czy aby całkiem już na ławie onej nie usnąć - począłem tor onego śledzić. O ilem zrozumieć zdołał, do czynienia mieliśmy z mędrcem wędrownym, który równie wiele świata zobaczyć, co i my, zdołał, jeśli nie więcej. A z wędrówek onych tę mądrość jedynie wyniósł, iże w każdym zakątku świata inne bogi swoje sprawują panowanie. Tu mnie, nie powiem, ciekawość zdjęła, bowiem w swych wędrówkach wielu również bogów ludy przyszło nam zabawiać. A wielu spośród nich do swego boga tak wielkie czuło uwielbienie, iże jeden żart nie pomyśli im rzucony czynił całe widowisko nasze przykrym i źle widzianym. Tako więc i po myśli naszej było nieco o bogach cudzych wiedzy posiąść, by na przyszłość kłopotów wszelakich uniknąć.

- Każden bóg - powiadał ów człek - czy to w pojedynkę będący, czy też mnogo obecny pod wielu postaciami, zwróćcie mili uwagę, zawsze do ludzkiej dąży postaci. Czy to przez wygląd człowieczy, czy cech wszelakich ludzkich obecność (i słabość ludzką poprzez to), czy wreszcie mnogość pośród ludzi dzieci swych posyłanie (a nieraz żem synów czy też córek bożych obecność stwierdzać był zmuszony przez tych, którym się to oczywistym i koniecznym wydawało). Oto bowiem ideałem niedoścignionym wszelkim bogom się człowiek wydaje i jest rzecz to, mili moi, w całym świecie mi znanym najzwyklejsza i powszechna, jakoby to nie bogowie ponad ludzi byli posadzeni, lecz jakoby boskość ich w zetknięciu z człowieczeństwem ułomnością się zdawała.

- Być to nie może - raczyłem swe słowo do mędrca opowieści dołożyć - gdyż gdyby, jak ty powiadasz, było jacyż to byliby bogowie, którym ich boskość była by przykrą i nie do zniesienia? Jeśli zaś powiadasz, iże do człowieczeństwa lgną, to dziwnym przecież nie jest, jeśli wiadomym, że to człek na boskie podobieństwo uczyniony został i tedy bogowie nie do człowieczeństwa się zbliżają, jeno odwrotnie.

- Spróbuj zatem waść Toreau, na boskie podobieństwo uczyniony do boskiej się podnieść wysokości i rzeczy czynić, które bogom są przynależne. Szybko się wtedy przekonasz, iże nikt o kondycji ludzkiej boskiego nic uczynić nie może. Dlaczegóżby bogowie owi ofiar czy modłów ludzkich pożądają, jeśli sami wszelakie potrafią osiągnąć rzeczy, które im tylko na myśl przyjdą? Czyliż łaska ludzka jest im do bytu potrzebna, bez której rychło w niebyt odejdą ?

- Bogowie wszak bogami są - odparłem, a Rosereine uśmiechem odwagi mi do dawała jakby pilnie oczekując, cóż to na myśl mi przychodzi - i niczyjej nie potrzeba im do bytowania łaski, czy też uwagi. Przed wszystkim przecież byli i długo po tym jeszcze będą, kiedy nic już na ziemi nie pozostanie z tego, co znamy.

- Słusznie waść prawisz - z uśmiechem nie gorszym niż kruszyna moja się odezwał, choć poważne uzębienia braki gębę jego nie tak ponętną czyniły - jednakowoż jeśli rzecz się tyczy tego, kto początkiem jest rzeczy wszelkiej, nie zaś tych, którzy jeno odbiciem są ludzkiej słabości.

- Każdy lud napotkany tak właśnie o swoim bóstwie opowiada, ty za prawisz, że żaden spośród nich prawdziwym i właściwym nie jest, a ponad nimi wszystkimi inny jest i od nich potężniejszy, który ich ojcem jest i nas, ludzi po równo na całej ziemi ?

-Czyż w innym przypadku nie byłby każdy lud świata tego inny? Na podobieństwo innego uczyniony bóstwa ? Wszak sam widziałeś i zwierzęta, i rośliny, i wszelkie inne rzeczy jako bóstwa czczone. Czyliś i ludzi drzewom podobnych, czy też zwierzętom widział w onych ludach ?

- Nigdym takowych nie spotkał - rzekłem wiedząc ku czemu zmierza, lecz i ja miałem do swego widzenia świata odpowiedni argument - atoli jeśli takie jest świata urządzenie, to widać tak właśnie być musi, bo bez powodu, jak wiedzą wszyscy, nie dzieje się nic.

- Znów mądrześ powiedział, zatem w swej mądrości odpowiedz, co się z onymi stało bogami, którzy w ludzkiej nie znaleźli miejsca pamięci, a których pradawne ludy takoż czciły, jako i dzisiejsze swoich ? Żaden nie ostał się z nich, kiedy nie było komu ofiar stosownych składać i obrzędów czynić. Czyżby z głodu pomarli, albo i nudów ? Nie masz ich pośród nas. Tak każde bóstwo jedynie obrazem jest tego, co lud mu służący o bóstwie pomyśleć zdoła. Na ludzkiej się rodzi bajędzie i ludzkim się pasie o sobie mniemaniem. Strasznym zaś się wydaje i niezrozumiałym to, czego oko widzieć nie zdoła i kształtu nie posiada znajomego, przeto kształty bóstw onych takimi się stają, jakimi dla czcicieli ich dobrymi są i właściwymi dla wyobrażeń, które się w głowach ich narodziły. Nie masz bóstwa stwórczego, które by się czcicielom onegoż wstrętnym, niepojętym i obcym zupełnie zdawało, co też właściwym się wydaje powodem twierdzenia, że nie człek powstał na podobieństwo bóstwa, jeno odwrotnie. Mieliście, mili moi, możność w świecie, jako i ja, różne spotykać bóstwa i różne ludy im służące. Czyście nie dojrzeli, że jakim lud był, takim i bóstwo. Pospołu bywają okrutni, smutni, weseli alibo mili. Nie masz w tej kwestii wyjątku. Jeśliś charakter bóstwa poznać zdołał, jakobyś lud cały jego na wylot przejrzał. Jeśliście do tej pory tego spostrzec nie zdołali, radzę teraz baczniejszą na to uwagę zwrócić. Może tedy miast pierwej do karczm zaglądać, będziecie świątyniom się przyglądać, co więcej wam o ludzie tam żyjącym powie niźli najdłuższe nawet w gospodzie dyskursy.

Późno się już zrobiło i czerń atramentowa za oknem na myśl bardziej rozpacz przywodziła niźli ukojenie snu. Powietrze chłodne pod przyodziewek się wdzierając dreszczami ciała wędrowało to w górę, to w dół. Powieki ciążyły mi tak, iż niewielem już mógł na argumenty adwersarza odpowiedzi znaleźć. A i gospodarz nasz niecierpliwie się pośród flaszek krzątał czekając naszego wreszcie zniknięcia. Dreszcz jeszcze większy po ciele moim przewędrował, gdym sprawę sobie zdał, żeśmy przez pogawędkę niefrasobliwą ni namiotu rozbić nie zdążyli, ni gospody na noc poszukać. Co o tej porze jedną tylko zwiastowało czynność, czyli namiotu rozwijanie, bo wszelkie porządne na noc pokoje dawno już o tej porze zamknione być musiały. Atoli rychło się okazało, żem zdolności ptaszyny mojej wielce nie docenił, gdyż nie tylko nocleg u gospodarza zamówić zdążyła, ale i jadło na dzień następny, a nade wszystko możność gawiedzi tu zaglądającej zabawienia, co zapłatą za gościnę być miało i jeszcze (o ile rzecz jasna wielu do się chętnych przyciągniemy, tym samym kiesę gospodarza powiększając) dla się dość mogliśmy nazbierać pieniędzy.

Rychło okazało się, iże dzień ciężkim i skwarnym powietrzem otumaniający umysł mocno dał się nam we znaki. Tak, iż po jako takiej toalecie ledwośmy na posłaniu wspólnym legli, nie myśląc nawet o krotochwilach jakich, czy amorach, ciemność nas ogarnęła i otuliła aksamitem zasłużonego snu.

Alex44


POWRÓT