Szyszynka - klucz do percepcji pozazmysłowej?


"Wiele osób sądzi, że potrafią odebrać myśli swoich krewnych - niejednokrotnie na znaczną odległość. Pani Joicey Acker Hurth, mieszkająca w malowniczym miasteczku Cedarburg w stanie Wisconsin, opowiedziała szczególnie niezwykłą historię. Pewnego dnia w 1955 roku jej pięcioletnia córeczka, mała Joicey wróciła do domu z urodzin koleżanki. Gdy dowiedziała się, że jej tata wraz z bratem poszli na najnowszy film Walta Disneya do kina Rivoli, oddalonego o dwie przecznice od ich domu, 'pobiegła aby do nich dołączyć' - wspomina pani Hurth. 'Wróciłam do kuchni i zaczęłam zmywać. Nagle zdrętwiałam i talerz wypadł mi z rąk. Wzniosłam oczy do nieba i powiedziałam - Boże, nie pozwól, aby zginęła! Wiedziałam, że zdarzyło się coś strasznego. Podeszłam do telefonu, by zadzwonić do kina. Zgłosiła się młoda dziewczyna. Powiedziałam - Moja córka miała wypadek, czy jest ciężko ranna?, a dziewczyna zająknęła się
- J... j... Jak to? To stało się w tej chwili, skąd pani wie??. Potem do telefonu podszedł kierownik i powiedział
- Pani Hurt, pani córkę potrącił samochód. Dziewczynka wstała i weszła na chodnik. Pani mąż jest teraz przy niej. Zabierze ją natychmiast do lekarza. Nie wydaje się, by była poważnie ranna'. Po zbadaniu przez doktora i obejrzeniu filmu mała Joicey powiedziała matce, że zaraz po wypadku usiadła na krawężniku i, płacząc, w myślach powtarzała 'mamo, mamo, mamo'. Była w tak wielkim szoku, że jak to sama określiła 'krzyczała bezgłośnie'. Aby dostać się do kina Rivioli, dziewczynka musiała przebyć dość długą drogę - od domu biegła wzdłuż alei Portland, następnie w lewo, około 50 metrów ulicą Columbia, a potem aleją Waszyngtona. Z tej odległości matka nie mogła ani widzieć ani nawet słyszeć wypadku. Zarówno mała Joicey, jak i kierownik kina, Ray Nichols, doskonale pamiętają to wydarzenie sprzed ponad 40 lat i wciąż zastanawiają się, skąd pani Hurth wiedziała o wypadku i zadzwoniła dosłownie w chwilę po nim".

Wyżej przytoczona historia (pochodząca w tym przypadku ze zbiorów Arthura C.Clarke'a) jest jedną z setek podobnych o jakich często słyszymy, czytamy, lub których najzwyczajniej i my mogliśmy kiedyś doświadczyć. I pomimo że tego typu zdarzenia powtarzają się w zasadzie od początków historii pisanej to po dziś dzień nikt jednoznacznie nie zdołał wyjaśnić, gdzie kryje się istota i przyczyna takich przekazów. W zasadzie niektórzy maja nawet kłopoty z określeniem nazwy takiego zjawiska plącząc się pomiędzy słowami "telepatia", "percepcja pozazmysłowa" czy "percepcja emocjonalna" nie wiedząc jednocześnie do czego je przyporządkować. Czyżby istotnie tak ciężko było ustalić źródło tego typu doświadczeń czy zlokalizować czynnik odpowiedzialny za ich odbieranie? Wiadomo że za ogół doznań psychicznych odpowiedzialny jest nasz umysł, kierowany działaniem poszczególnych elementów mózgu. Na przykład płaty potyliczne odpowiedzialne są za analizowanie bodźców docierających do nas z gałek ocznych, płaty czołowe "porządkują" je i determinują odpowiednie do nich reakcje, natomiast w tzw. ciele migdałowatym mózgu zawarta jest większość informacji dotyczących rozpoznawania ludzi, jak również wszelkich zachować społecznych a nawet odczuwania strachu. Może więc istnieje w mózgu również i taka część, której głównym zadaniem jest nadzór i informowanie o bodźcach które do nas docierają z zewnątrz, ale które jednak nie mieszczą się w pojmowaniu wyznaczanym naszymi pięcioma podstawowymi zmysłami?? Próbując odpowiedzieć na to pytanie, niezależni lecz zafascynowani występowaniem wyżej przytoczonej formy postrzegania, badacze już od dłuższego czasu starają się tą część zlokalizować...

Początki tego poszukiwania były dość prozaiczne. 2 lutego 1966 niejaki Cleve Backster wpadł na pomysł podłączenia do wykrywacza kłamstw... rośliny, filodendrona. Chciał w ten sposób zmierzyć prędkość, z jaką transportuje on wodę w swojej łodydze z korzeni do poszczególnych liści. Pomiar ten mógł być dokonany dzięki temu, że poligraf mierzy m.in. zmienną przewodność elektryczną tkanki, w zależności od tego, czy tkanka ta jest sucha czy zwilżona. I wszystko było by w porządku, gdyby nie fakt, iż Backster w pewnym momencie pomyślał o tym, co by się stało gdyby podłączonemu do poligrafu filodendronowi podpalić jeden liść. W tym momencie wykres obrazujący "stan psychiczny" rośliny natychmiast podskoczył, wskazując jednoznacznie że filodendron dosłownie "przestraszył się" samej myśli, gdyż Backster nie zdążył nawet wyciągnąć jeszcze z kieszeni zapalniczki! Efekt ten tak bardzo zaintrygował badacza, że poszerzył swoje obserwacje o inne doświadczenia. Okazało się np. że filodendrony reagowały "psychicznie" także wówczas, kiedy w całkowicie oddzielnym pomieszczeniu Backster wrzucał do wrzątku jadalne skorupiaki z gatunku słonaczków - kiedy którykolwiek z nich tracił życie, w tym samym momencie u roślin znajdujących się w odrębnym pomieszczeniu następował gwałtowny "stres" odwzorowany na wykresie poligrafu. Ba! Co najciekawsze okazało się również, że rośliny mogą posiadać coś w rodzaju "trwałej pamięci"! Bo jak wytłumaczyć inaczej to, że osoba, która wcześniej urwała którejś z roślin liść, po wyjściu z pomieszczenia i powrocie do niego po jakimś czasie, wywoływała u roślin "reakcję stresową"??? Wystarczyła sama jej obecność aby rośliny odczuwały "lęk" przed utratą kolejnych liści... To wszystko spowodowało, że postawiono hipotezę o istnieniu u organizmów żywych czegoś w rodzaju "psychicznego" lub "trzeciego oka" - narządu, którego zadaniem jest również odbiór wszelakich informacji docierających do tego organizmu, ale których nie można odebrać pozostałymi zmysłami i które są przejawem niebezpieczeństwa. Niestety, poszukiwania organizmów wyposażonych w ten narząd były początkowo bezowocne. Przełom nastąpił jednak w chwili znalezienia "trzeciego oka" u gada zwanego Hatterią, zamieszkującego wyłącznie okolice Nowej Zelandii. Jest on jedynym przedstawicielem gadów ryjogłowych, pochodzących jeszcze z epoki ziemskiego panowania dinozaurów. Czaszka dorosłych osobników Hatterii nie ma dwóch oczodołów ale... trzy! Trzeci umiejscowiony jest na czubku głowy i zawiera twór zwany "okiem ciemieniowym". Okazało się w krótkim czasie, że istnieje więcej takich zwierząt - w oko ciemieniowe wyposażone są również niektóre gatunki żab, oraz minogi morskie - ryby z gatunku krągłoustych. Na podstawie badań, okazało się że za pośrednictwem tego narządu zwierzęta owe potrafią odbierać o wiele szerszy wachlarz bodźców docierających do nich ze świata zewnętrznego, w tym także i te niedostępne pozostałym zmysłom. Są to jednak jedyne zwierzęta jakie dzisiaj posiadają ów narząd, u pozostałej większości z nich "trzecie oko" uległo z jakichś przyczyn zanikowi. Cały szereg naukowców jest jednak zdania, że nie był to zanik całkowity i "trzecie oko" można spotkać również m.in. u współczesnych ssaków, mianowicie u... ludzi. Tą pozostałością, lub nawet tworem będącym "zastępstwem" trzeciego oka ma być wg nich szyszynka - niewielki gruczoł wydzielania wewnętrznego znajdujący się w centralnej części mózgu. Dokładnie umiejscowiony jest on nad zakończeniem rdzenia kręgowego, ma wielkość ziarna fasoli i waży około 150-200 miligramów. Ktoś może oczywiście stwierdzić - "Co gruczoł ukryty wewnątrz czaszki może mieć wspólnego z jakimkolwiek okiem???" - i teoretycznie może mieć rację. Jednak tylko teoretycznie...

Jak się okazuje szyszynka - pomimo lokalizacji wewnątrz ludzkiej głowy - posiada w swojej tkance szereg minifotoreceptorów, których rolą jest właśnie nie co innego, jak odbieranie pewnych długości fal jakie z zewnątrz do nas docierają. W zasadzie wydaje się to całkiem absurdalne, bo do czego będą potrzebne minifotoreceptory zamknięte we wnętrzu głowy, gdzie jest całkowicie ciemno??? Czyżby to była jakaś pomyłka matki natury, czy też może dowód na to, że istotnie szyszynka ma pewne powiązania z "trzecim okiem"? Cóż, jak wiemy natura jest zbyt wielką perfekcjonistką, aby pozwolić sobie na błędy, musimy więc uznać za prawdziwą tę drugą opcję. Szczególnie że potwierdzają to badania nad szyszynką ptaków - to właśnie dzięki temu narządowi potrafią one dostosować swoje życie do cyklu dnia, nocy i pór roku. Nadzoruje on też po części utrzymywanie odlatujących na zimę ptaków na odpowiednim "kursie", dzięki czemu nie gubią one drogi. Zresztą praktycznie tę samą funkcję pełni szyszynka też u człowieka - to dzięki niej tyka nasz zegar biologiczny, przekazując nam sygnały uzależnione od pory dnia i nocy, jak również powoduje niewielkie kłopoty w funkcjonowaniu naszego ciała w czasie jesieni i zimy, gdy brak nam jest dostatecznej ilości światła słonecznego. Melatonina - hormon wydzielany przesz szyszynkę - reguluje nasz rytm biologiczny zależnie od stopnia oświetlenia. Kiedy jest ciemno szyszynka wywołuje w nas ospałość, kiedy jest jasno zaczyna pobudzać organizm do pracy. Wiadomo także jeszcze, że ma ona znaczenie w powstawaniu pigmentu. Jednakże poza tymi kilkoma rolami pozostałe funkcje szyszynki są do dzisiaj zagadką. Po pierwsze, niewyjaśnionym zjawiskiem jest zanik szyszynki następujący wraz z wiekiem danej osoby. Im jest ona starsza, tym szyszynka staje się drobniejsza i traci na wadze. Po drugie nie wiadomo dlaczego szyszynka w swojej najaktywniejszej fazie "życia" jest wręcz przesiąknięta innym hormonem - serotoniną - pełniącym rolę neuroprzekaźnika w neuronach mózgowych, w razie potrzeby zwężającym naczynia krwionośne człowieka i powodującym skurcze mięśni gładkich. Nie wyjaśniono dlaczego tyle jest jej właśnie w szyszynce, która pomimo tego, że jest gruczołem dosyć marginalnym, to w wyniku przesycenia serotoniną sprawia wrażenie funkcjonowania jak w "transie narkotycznym". Innymi słowy - szyszynka potrafi w ten sposób poniekąd sama z siebie wysyłać do naszego organizmu określone bodźce, synchronizując przy tym tysiące naszych funkcji, zupełnie tak, jak gdyby otrzymywała rozkazy z zewnątrz! Jak się jednak okazało świadomość tego faktu nie jest domeną wyłącznie współczesnych badaczy, ale znana była już w zamierzchłej przeszłości - w VI wieku p.n.e. grecki anatom, Herofilus, stwierdził już że "szyszynka jest czymś w rodzaju regulatora przepływu sygnałów z zewnątrz i naszych myśli do otoczenia". Nie trzeba oczywiście tutaj dodawać, że dzisiejsze stanowisko oficjalnej nauki względem tego typu hipotez, jest bardziej niż chłodne i nikt nie ma zamiaru zainteresować się nimi dokładniej. Może jednak nie potrzeba tutaj żadnych konkretnych badań i szyszynka potrafi obronić się sama?

Jak już wspomniane było to wyżej, szczyt aktywności funkcjonowania szyszynki przypada na pierwsze kilka lat w życiu człowieka. W okresie tym, wydziela ona substancje hormonalne potrzebne do rozwoju młodego organizmu oraz najprawdopodobniej nadzoruje tez wydzielanie pigmentu. Okres ten trwa do chwili, aż jednostka osiągnie mniej więcej szósty rok swojego życia. Potem szyszynka zaczyna swój kolejny etap istnienia - niewyjaśniony dokładniej stopniowy zanik, który w pewnych przypadkach ciągnie się aż do późnej starości. Z pierwotnych 20 milimetrów długości szyszynka kurczy się znacznie do zaledwie kilku milimetrów. No, cóż... Mogło by się wydawać, że to dość typowe - organ który wypełnił swoja rolę i nie jest już do niczego potrzebny będzie zanikał jako całkiem zbędny organizmowi. Tak samo jak ma to miejsce np. w przypadku długiego przebywania w łóżku w wyniku choroby, gdzie nie poruszane mięśnie po prostu zanikają, jak także na stacjach orbitalnych, których załoganci znajdujący się długo w stanie nieważkości cierpią na odwapnienie kości. Kości, które w warunkach normalnej grawitacji są potrzebne aby utrzymywać na nich wszystkie miękkie tkanki ciągnięte ku Ziemi. Badaczy zaintrygował jednak inny szczegół związany niejako z zanikiem szyszynki. Podczas prób dotyczących istnienia tzw. percepcji pozazmysłowej (w skrócie ESP) okazało się, że najlepsze rezultaty w jej posiadaniu przejawiają małe dzieci. Eksperyment w którym maluchy brały udział polegał m.in. na tym, aby jedno z nich, odrodzone od drugiego solidną zasłoną wybrało jeden z kilku obrazków i opisało co na nim się znajduje. W tym samym czasie drugie dziecko, z tej samej grupy wiekowej znajdujące się po drugiej stronie zasłony miało wskazać obrazek które wg niego wybrało pierwsze. Efekty były znaczne - możliwość przypadkowego trafienia w dany obrazek była statystycznie o wiele mniejsza niż rezultaty które osiągały dzieci. Co ciekawsze efekty experymentu były tym lepsze, im młodsi byli jego uczestnicy a tym gorsze im byli oni starsi. I o ile w przypadku młodszych dzieci granicą wykonywania próby była zdolność porozumienia się z malcem (z oczywistych względów np. półroczne dziecko trudno namówić to tego, aby przyporządkowało się prośbom badaczy) tak w grupie dzieci starszych granicą udanego experymentu był wiek. Do osiągnięcia wieku 4-5 lat, zdolności postrzegania pozazmysłowego były jeszcze u dzieci dość duże, jednak w momencie wejścia w okres sześciu lat następował przełom - zdolności do postrzegania pozazmysłowego zaczynały stopniowo acz wyraźnie i nieubłaganie zanikać. Już to, po połączeniu z tym samym okresem zanikania szyszynki, powinno być zastanawiające. Kolejną ciekawą rzeczą jest również to, że im bardziej pierwsze dziecko utożsamiało się ze swoim wybranym obrazkiem i reagowało na niego emocjonalnie, tym szybciej i wyraźniej drugie dziecko uczestniczące w próbie wskazywało na dany rysunek. Występowało więc bardzo widoczne powiązanie pomiędzy stanem w jakim znajdowało się pierwsze dziecko a tym, co odczuwało drugie i co powodowało że wybierało taki obrazek a nie inny - zupełnie tak, jakby "przejmowało" czyjeś odczucia wywołane doświadczeniem czegoś. Zaraz, zaraz... Czy to już jednak gdzieś nie było? Owszem... Wystarczy tyko jeszcze raz przytoczyć to, o czym pisał Arthur C.Clarke i od czego zaczynał się tenże artykuł - "[...] mała Joicey powiedziała matce, że zaraz po wypadku usiadła na krawężniku i, płacząc, w myślach powtarzała 'mamo, mamo, mamo' [...] Z tej odległości matka nie mogła ani widzieć ani nawet słyszeć wypadku. Zarówno mała Joicey, jak i kierownik kina, Ray Nichols, doskonale pamiętają to wydarzenie sprzed ponad 40 lat i wciąż zastanawiają się, skąd pani Hurth wiedziała o wypadku i zadzwoniła dosłownie w chwilę po nim".

Nastąpił tutaj po prostu ten sam mechanizm - przekazanie drugiej osobie emocji i doznań wywołanych doświadczeniem czegoś, w tym przypadku ogromnego strachu przed śmiercią pod kołami samochodu. Jak zatem wyjaśnić inną rzecz, która pojawia się tutaj a jednocześnie nieco przeczy faktowi, że w odbiorze dobre są tylko dzieci mające poniżej sześciu lat? Przecież pani Hurth, matka Joicey, była wówczas w pełni dorosłą kobietą... Niestety nad tym faktem można już tylko teoretyzować, gdyż laboratoryjne próby uzyskania percepcji pozazmysłowej między dzieckiem a dorosłym jak i odwrotnie nie dały najmniejszego nawet efektu. Uzyskiwano je tylko między dziećmi a i to najlepiej w warunkach, kiedy zarówno "odbiorca" jak i "nadawca" byli mniej więcej w tym samym wieku. Być może to, że osoba dorosła potrafi odebrać w określonych sytuacjach przekaz pozazmysłowy wiąże się z siłą tego "sygnału". Jeśli bowiem szyszynka zanikając traci coraz bardziej swoją zdolność odbioru, to oczywistą rzeczą będzie to, że nie zdoła odebrać przede wszystkich sygnałów słabych. Natomiast te najsilniejsze, o wielkim "ładunku emocjonalnym" są jeszcze w stanie wzbudzić w zanikającej szyszynce dostatecznie silną reakcje i przekazać ją organizmowi w postaci strachu i poczucia ze "coś jest nie tak". Bo czyż "bezgłośny krzyk" przerażonego sytuacją dziecka, w dodatku przecież córki pani Hurth, nie był dla kobiety takim właśnie silnym bodźcem? Tutaj rzecz jasna pojawia się inny aspekt występowania takich zjawisk, które można określić jako "pokrewieństwo dusz". Nie ma chyba osoby która nie słyszała chociaż raz o rodzinie, rodzeństwie a zwłaszcza bliźniętach, które nie czują ze sobą pewnych powiązań w sferze postrzegania pozazmysłowego. Szczególnie fenomen bliźniąt jednojajowych spędza sen z powiek racjonalnym badaczom, kiedy to jedno z rodzeństwa potrafi odczuwać to, co akurat dzieje się z drugim. To już jest jednak temat rozleglejszy i być może niedługo i on zagości na łamach naszego Biuletynu. Lecz czy już teraz można wykluczyć, ze takie pokrewieństwo dusz i tutaj, w przypadku pani Hurth i jej córki, nie miało swojego dojścia do głosu? Ostatnią rzeczą na jaką warto też zwrócić uwagę to znów sam fakt zanikania szyszynki.
Może skoro pomimo zaniku potrafi ona odebrać jeszcze sygnały z zewnątrz, to świadome "trenowanie" szyszynki od początku ludzkiego życia umożliwi późniejsze korzystanie z pełni zdolności jakie tkwią w tym małym organie? Bo tak na prawdę, co na temat tego "trenowania" ludzie dorośli mogą powiedzieć? Praktycznie nic pochlebnego - wraz ze swoim dorastaniem i zapoznawaniem się z otaczającym światem, jednocześnie zapominają oni o sobie i o tym jak funkcjonowali kiedyś. Zaraz po urodzeniu posiadali zdolność, dzięki której pomimo braku umiejętności werbalizowania swoich emocji i doznań w słowa, jak to robią osoby starsze, potrafili je jednocześnie tak samo doskonale przekazać swoim rówieśnikom. Dopiero w momencie wychodzenia z tego świata dzieci tak mocno chcą nauczyć się werbalizowania wszystkiego w słowa, aby skontaktować się z dorosłymi (bo nie ma przecież innej możliwość, skoro swobodna pozazmysłowość w takim układzie nie działa) że skupiają się tylko na rozwijaniu wyłącznie tej cechy porozumiewania się. Skupiają się na niej tak bardzo, aż wreszcie ja zaczynają traktować jak swoją cechę naturalną, zapominając o tym co kiedyś potrafili i do czego służyła im szyszynka. Ba, nawet dziwią się później, w jaki sposób dwa maluchy bawiące się razem wykazują jednocześnie tak wiele tych samych zachowań, pomimo że nie mówią one nic innego poza prostymi dźwiękami. Oczywiście nie znaczy to, że błędem człowieka było wyjście z prymitywności natury i zapewnienie sobie pewnego komfortu cywilizacyjnego. Ten komfort jest nieunikniony i ludzie powinni być z niego dumni... Dumni, ale nie w nim zatraceni w połączeniu z totalnym zerwaniu ze swoja naturalnością. W tym momencie wystarczy zaś wspomnieć tutaj o ludziach, którym od małego wpajane były zdolności postrzegania pozazmysłowego tkwiące w ludzkich umysłach i będące dla tych ludzi tak samo naturalne jak dla nas jazda na łyżwach. Z przekazywania sobie informacji na odległość korzystają np. Tybetańscy mnisi, australijscy Aborygeni czy Buszmeni z pustyni Kalahari. Ci ostatni nawet dziwią się ludziom cywilizowanym kiedy pyta się ich "jak oni to robią?". Dla nich jest to bowiem najzwyklejsza rzecz, której świadomość pielęgnuje się i rozwija od najmłodszych lat życia. Może więc i my nie powinniśmy o tego typu zdolnościach zapominać czy traktować ich jak "historie wyssane z palca"? Przede wszystkim zaś powinniśmy zwrócić uwagę, aby nasze dzieci nie były tych umiejętności nieświadomie pozbawianie, co zdarzyło się już ludziom dorosłym. Pozostaje też mieć gorącą nadzieję, że w najbliższym czasie kwestią powiązania szyszynki ze sprawą postrzegania pozazmysłowego zajmie się na poważnie świat naukowy. A przynajmniej zbada, czy zanikanie szyszynki wraz z wiekiem, następuje w takim samym stopniu u osób, które nigdy nie zwracały na postrzeganie pozazmysłowe żadnej uwagi, jak u wyżej wymienionych ludzi, którzy tę zdolność zachowali w sobie od pierwszych lat dzieciństwa.

Na podstawie:


Mr. Chip

Materiał pochodzi z zasobów AHO Zapraszamy!

POWRÓT